No nareszcie przestało wiać ! Można wybrać się na rybki ! 5 budzików nastawionych na godzinę 8:00 i spać, ale jak tu spać skoro w głowie tyle myśli ?!. Na co łowić ?. W którym miejscu ?. Czy moja żyłka wytrzyma?! (bo niestety plecionki na sezon jesienny jeszcze nie zakupiłem), no i najważniejsze czy rybki będą chciały współpracować. Około godziny 5:00 rano moje powieki były już tak ciężkie i zmęczone, że nie wytrzymałem i usnąłem, no bo założenie było troszke zmienione. Po co kłaść się spać ?. Jak zaśpię??. No nic, niestety sen wygrał. Rano budzik "łomocze" kołdra na głowę i śpię dalej, nawet kolejne budziki nie były w stanie mnie podnieść. Dopiero około godziny 13:00 zerwało mnie z łóżka na baczność kiedy mama weszła do pokoju i zapytała dlaczego jeszcze nie jestem na rybach, przecież miałem iść. Szybka kawa, coś na ząb i w drogę. Wypływam, wiaterku prawie brak, pochmurno, lekko mży, no idealne warunki, dzisiaj musi coś paść. Nawet mały pistolecik wynagrodziłby moją cierpliwość co do pogody i kapryśności ryb. Po około 10 minutach czuję branie, zacinam i co ?.I trzask ! żyłka nie wytrzymała, no cóż westchnąłem głęboko i spuściłem głowę w dół, bo to była naprawdę fajna ryba, na moje oko w granicach 80 cm lekko mamuśka miała. No nic, przecież nie ma sensu wiązać kolejnego przyponu. Żyłka i tak tego nie wytrzyma, zacząłem pakować sprzęt plując sobie w brodę że nie pomyślałem wcześniej o kupnie plecionki. Gdy zapiąłem już łódkę i schodziłem z brzegu zauważyłem na łódce jednego z pobliskich wędkarzy żyłkę, kurde myślę może się nie obrazi ?. No nic odkupie mu tę żyłkę jak będzie trzeba,nie było jej dużo, ale byłą naprawdę gruba. Nawinąłem ją szybko na szpulę i na łódkę !. Na końcu przyponu KING SHAD 4" w kolorze perła- czerwony grzbiet. Po około 30 minutach rzucania czuję potężne uderzenie, zacinam i co ? Słyszę tylko jęk hamulca, który na szczęście wyregulowałem tym razem jak trzeba. Ryba zacięta, wplątała się w grążele. Myślę "EE.. pewnie mały" Szybko zmieniłem zdanie, kiedy na wodzie zrobił się gejzer, a ryba wyskoczyła ja torpeda nad wodę potrząsając swoim olbrzymim łbem. W moich myślach, a raczej na ustach " o K**wa metrówa !". Po 10 minutowym holu, po trzech próbach podebrania i ręką i podbierakiem i wreszcie po modlitwach żeby tylko się nie spiął rybka wylądowała na łódce.. Szybki pomiar... 94 cm. Kurde myślałem że jest większy, no ale to i tak nowa życiówka. Dała mi tyle frajdy i adrenaliny, że musiała wrócić do wody cała i zdrowa. No! Opłacało się przemęczyć te kilka wietrznych dni w domu !. Jutro już na pewno nie zaśpię na ryby ! :). Jesienny sezon uważam za otwarty !
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze