Reklama

Relacja z Zawodów Morskich o Mistrzostwo Koła Nr 28 Warszawa - Ursynów 2011

17/03/2011 21:33
Jedni wspinają się po górach, inni łażą po jaskiniach, latają na motolotniach, ścigają się, a my … jeździmy po prostu na dorsze. Wszystkich nas łączy wielka pasja. Nasze hobby pielęgnujemy i celebrujemy bez względu na to, czy nas na to stać, czy też nie i bez szczególnego baczenia na uboczne skutki, które czyni ono w życiu zawodowym i rodzinnym.
Kiedy wczesnym popołudniem, w sobotę 12 marca dojeżdżaliśmy z bratem Mietkiem do Władysławowa, a droga wspięła się na nadmorski płaskowyż, oczom naszym ukazał się piękny widok. Wiatraki stały w bezruchu! Zaczęło się. Nerwowe kręcenie łebkami, jakby nas nagle zaczęły uwierać kołnierzyki, włoski na karkach się nam zjeżyły i jak na komendę przypaliliśmy po cygarecie.
Oto po półtorarocznej przerwie wyjdziemy w końcu w morze i poczujemy na kiju pulsujące dyganie, a jak się poszczęści, to i końskie kopnięcie. Opuścimy wreszcie na dno nasze kombinowane pilkery i wymyślne przywieszki, któreśmy zbyt długo głaskali w domowym zaciszu. Wypróbuję wreszcie i ja swój szósty kij dorszowy – dziewicze mikado SEA LIGHT PICKER 270 i uspokoję się, że to wreszcie TO, bo zaczynam już wątpić w swój gust i wymagania.
Zawody zaplanowane były na sobotę i niedzielę, więc od środy już byliśmy na łączach i nerwowo wymienialiśmy się z kolegami zasłyszanymi prognozami i przepowiedniami doświadczonych Wilków Morskich:
Z południa nie zdąży rozhuśtać, najgorszy jest wschodni, północny jest też paskudny, itp., itd.
Zwyczajowo przy niepewnej pogodzie decyzje zapadają około trzynastej w przeddzień. Możecie sobie wyobrazić, że to najdłuższa, ciągnąca się w nieskończoność, nieprzespana noc, a potem przepełnione nerwowością przedpołudnie dla wszystkich spakowanych już uczestników naszej wyprawy.
Kicha! Sobota wypadła. Niedziela trafia na niszę i prawdopodobnie wypłyniemy. Też dobrze. Ja osobiście wolę jednodniowe dorszowanie, bo jak biorą, to i tak sobie połapię do woli, a i kosztacje zdecydowanie mniejsze. Z kolei, w przypadku zawodów dwa dni i dwie tury eliminują farciarzy i dają sprawiedliwsze wyniki.
Ciśnienia nie wytrzymali Grzesiek B. z ojcem i pojechali już piątek wieczorem, licząc, że wiatr się uspokoi i że wyjdą w morze. Mieli nosa. Kilka kutrów zdecydowało się wypłynąć, a i pogoda okazała się o wiele lepsza niż zapowiadano. Załapali się chłopcy w ostatniej chwili na WŁA 60 i połapali sobie do bólu: po około trzydzieści sztuk każdy! Należało im się za wytrwałość i za nerwy, które przeżyli w drodze. O mały włos, a doszłoby do tragedii, bo chcący uniknąć zderzenia TIR jadący z naprzeciwka zjechał na ich pas ruchu i „jadąc na czoło” potarmosił im piękne Berlingo.
Około 16.00 zaczęły spływać do portu kutry z wędkarzami. Witaliśmy ich z Mietem i Bolesławem zazdrosnymi spojrzeniami, a rozpromienione gęby taszczących łupy łowców wkurzały nas okrutnie! Nic to, to przecież dobry prognostyk na nasze jutrzejsze wędkowanie. Kolejnymi zawodnikami z naszej grupy, którzy dotarli do portu na rozpoznanie byli: Andrzej (AS 28), Marudny Leszcz – Piotr 28 i Waldek Dz.
„Ivonne” zrobiła na nas pozytywne wrażenie – to kuter stabilny, czysty i przestronny, co najważniejsze.
W drodze do „Pomorzanki” spotkaliśmy Tomka – Kosę i Zbiga – Smolinosa.
O reszcie uczestników mieliśmy uaktualniane ciągle informacje, bo tradycyjnie meldujemy się z trasy. Jest to nie tylko koleżeńska grzeczność, ale i forma wzajemnego szacunku dla dotkniętych naszą chorobą kompanów, którzy przyjeżdżają tu blisko pół tysiąca kilometrów, aby się spotkać i powędkować.
Około 22 byliśmy praktycznie w komplecie. Nawalił tylko jeden.
Wtedy zaczyna się prawdziwa rewia! Niech pochowają się baby ze swoimi fatałaszkami, czy biżuterią, hodowcy egzotycznych zwierzątek i numizmatycy. My, porozbijani w mniejsze grupki i pary prowadzamy się w ustronne miejsca (?!) i pokazujemy sobie …. modne kolorki, pewniaki i kilery: i te miodowe, i te błękitno – modre, samoróbki i inne historie. Wzmocnieni browarami i „wodą życia” mocujemy się i wieszamy na wędziskach, sprawdzając ich wytrzymałość. Kosa ma tajemnice przed Grzelakiem i na odwrót, ten przed tamtym i w końcu już nie wiadomo, czy ktoś sprzedaje ci swoją głęboką tajemnicę, czy najnormalniej wpuszcza cię w maliny. Festyn, folklor i wielka zawierucha.
Kiedyś brałem udział w Zawodach Okręgowych na Bałtyku i w palarni przed imprezą spotkałem „Marabuta”, mistrza nad mistrzami, który dzielił już skórę na niedźwiedziu: - „ …Witek i ja, ale kto trzeci?”. Zgadnijcie, kto wygrał. Witek, Marabut i ktoś trzeci…
Bardzo podobnie było przed naszymi mistrzostwami. Chodził Piotrek po pokojach, i: - „ Ja pierwszy, Kosa i ktoś trzeci.” Nie muszę wam mówić, jak bardzo ja i pozostali koledzy marzyliśmy o tym, aby „utrzeć nochala staremu mistrzowi” – jak mawia mój były przyjaciel „ŁW”.
Wchodząc na stołówkę o 6.00 dosiadłem się do organizatora – kapitana - mistrza – Piotrka i sędziego Mirka Wiśniewskiego, którzy omawiali przy śniadaniu detale. Obecność Mirka zapowiadała wspaniałą atmosferę, bo poznaliśmy już wcześniej jego profesjonalizm oraz rzadko spotykane zdolności i umiejętność prowadzenia tego typu imprez.
Śniadanko zjedzone, kawusia wypita, kanapeczki spakowane, więc pora ruszać do portu.
Obsługa kutra przywitała nas miło, zajęliśmy miejsca na ławeczkach, których starczyło dla wszystkich 19 wędkarzy i wyszliśmy w morze. „W życiu piękne są tylko chwile” - godzina 7.00, ciepło, przyjemnie, słoneczko, praktycznie bez wiatru, Bałtyk wyciszony i przed nami cały dzień, aby dokopać mistrzom.
Sędzia wezwał wszystkich na odprawę, podczas której określił zasady rywalizacji i odpowiedział na pytania, obdzielił z czapeczki mandarynkami, na których były wymalowane nasze stanowiska i … upomniał mistrza Piotra, aby nie „pałętał” się zbytnio po pokładzie pomiędzy napłynięciami, bo to może dekoncentrować (niektórych) rywali. Zapanowanie nad grupą rozentuzjazmowanych łowców, to wyzwanie godne doświadczonej przedszkolanki. Mirkowi udało się i wszyscy karnie przez cały rejs stosowaliśmy się do zaleceń arbitra. Mnie Pan Bóg pokarał sąsiedztwem Piotra gaduły, ale przyjąłem to z pokorą.
Półtorej godziny drogi i silniki zaczęły zwalniać, to bodziec, który stawia na nogi nawet tych mocno drzemiących. Czujność ważki, nerwowe ruchy i mrowienie zakołnierzowe zwiastowały bliskość tej wymarzonej chwili.
Trąba i … poszli. W zależności od ciężkości przynęty i grubości stosowanej plecionki różnie czekaliśmy na osiągnięcie dna – głębokość łowiska, to około 60 metrów. Potem: muskanie pilkerem dna, podrzucanie wyżej i niżej, szuranie, podnoszenie i przytrzymanie (w oczekiwaniu na branie oczywiście). Co tu ściemniać – żeby to zrozumieć, to trzeba tu być!
W połowie czasu zmiana stanowisk wg reguły „po przekątnej”, przejście po pokładzie zgodnie z ruchem zegara, 20 minut przerwy, w międzyczasie posiłek – pyszna zupka rybna i dalsze łowy. Przenosząc kasty z urobkiem zauważamy już faworytów naszych zmagań, opowiadamy sobie o nietrafionych pobiciach i niefartownych spadach. Wzruszamy się szczerze opowieściami kolegów o ich nieszczęściach i korygujemy własną strategię przed końcową rozgrywką. Nasza wrażliwość na krzywdę ludzką wzrasta z każdą kołową rywalizacją. Trąba i … zaczynamy.
Sędzia Mirosław jest praktycznie bezrobotny, bo czujni koledzy upominają się nawzajem o konieczności obcięcia dolnej części płetwy ogonowej podhaczonych ryb, tzn. takich zapiętych poza obrębem pyska. Niby człowiek skupiony na własnej wędce, ale kątem oka widzi: i podhaczaka, i kolor smakowitej przywieszki na wędce rywala i to takiego nawet najbardziej oddalonego.
Wszystko ładnie, wszystko pięknie, ale niestety kończą się te chwile. Dwie trąby i koniec łowienia.
Wyniki średnie, nawet gorzej niż średnie, zwłaszcza po zapowiedziach z dnia poprzedniego, kiedy to najgorszy wynik ze „średniej łowności” kutra, to 20 sztuk. Nasz rekordzista, Tomek Kosiński złapał 14 dorszy i zdetronizował starego mistrza Piotrka (10 ryb). Trzeci, Marcin Konszkow (debiutant) – 10 sztuk.
Punktacja do miejsca szóstego (premiowane koszulkami z logo naszego koła):
1. Tomasz Kosiński – 798 punktów
2. Piotr Grzelak – 560 punktów
3. Marcin Konszkow – 556 punktów
4. Stanisław Pluszczewicz – 524 punkty
5. Grzegorz Basiak – 494 punkty
6. Jacek Patrzykowski – 372 punkty
*Liczyliśmy w sposób następujący: za każdą wymiarową rybę 10 punktów + 1 punkt za centymetr ponad wymiar.
*W sumie złowiliśmy ponad 42 metry ryb.
*W większości były to dorsze w przedziale 38 – 44 cm, dość często trafiały się niewymiarowe.
*W zawodach wzięło udział 18 zawodników – członków naszego koła.
*Jeden zawodnik został zdyskwalifikowany za przedstawienie do wagi niewymiarowej ryby.
*Największą rybę, dorsza o długości 86 cm i wadze ok. 5 kg złowił autor tego tekstu. Rybsko wypluło na pokładzie dwa wymiarowe dorsze. Skusił się na brązowego raczka wielkości kciuka.
*Koledzy Irek Kałowski i Grzegorz Bińka złowili dorsze po ok. 65 cm i wagi ok. 3 kg.
*Tomek – Kosa –Kosiński potwierdził swoją dobrą formę przed mistrzostwami okręgu, które odbędą się za dwa tygodnie. Będzie bronił zeszłorocznego tytułu Mistrza Okręgu Mazowieckiego w Wędkarstwie Morskim. Życzymy powodzenia!
*Moim skromnym zdaniem szyper nie był zbyt śmigły, ponieważ nie potrafił utrzymać kutra w dryfie i niechlujnie napływał – nie przestrzegał zasady, aby raz jedną, a raz drugą burtą.
Wielkie dzięki dla Naszego Ratusza za ufundowanie pięknych pucharów dla zdobywców trzech pierwszych miejsc i łowcy największej ryby. Dziękuję kolegom z Zarządu Koła za zorganizowanie naszych mistrzostw, Sędziemu Klasy Międzynarodowej Mirosławowi Wiśniewskiemu za poprowadzenie zawodów i Wam wszystkim, uczestnikom za stworzenie bardzo miłej, niezapomnianej atmosfery.
Koledzy! Jechaliśmy na Grzelaka, a teraz pora pojechać na Kosę. Mistrzowie, to mają przechlapane!!!








Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama