Reklama

Rok pełen niespodzianek...

05/12/2011 20:12
Wędkarstwo, podobnie jak większość innych dyscyplin zarówno sportowych jak i czysto rekreacyjnych, wymaga od nas pełnego, teoretycznego przygotowania (dotyczy to głównie początkujących wędkarzy). Oczywistym jest, że zanim wybierzemy się nad wodę, zmuszeni jesteśmy spędzić wiele godzin na studiowaniu prasy i wszelkiego rodzaju poradników. Dopiero tak „oświeceni” możemy udać się do sklepu i dokonać odpowiednich zakupów.
Podobnie jest z wyborem odpowiedniego, dla gatunku na który się nastawiamy łowiska. Każdy z nas ma swoje ulubione i bankowe miejscówki, o których informuję i to często niechętnie tylko najbliższych towarzyszy wędkarskich wypraw. Na pewno nie raz mieliście okazję usłyszeć w słuchawce telefonu „stary znalazłem super miejsce, szykuj się na jutro”… Taka informacja zwykle połączona jest z natychmiastowym uwolnieniem euforii, oraz adrenaliny, a w wyobraźni przenosimy się na to „cudowne miejsce” niemalże natychmiast. Nieważne jest że nigdy tam nie byliśmy, a jeśli już to tylko kilka razy i nie widzieliśmy tych wszystkich okazów czających się pod powierzchnią. Istotne jest tylko to żeby dotrzeć tam jak najszybciej i zabrać ze sobą całą armadę sprzętu, bo przecież na tak „rybnym” łowisku wszystko może się przydać…
Często, jednak dopracowane niemalże w każdym szczególe wyprawa okazuje się totalnym niewypałem, a nasz towarzysz stara się nas pocieszyć nieukrywanym zaskoczeniem, co z reguły irytuje, przynajmniej mnie jeszcze bardziej. Osobiście w takich wypadkach najczęściej pakuję wszystkie bambetle i korzystając z resztki czasu przeznaczonego w tym dniu na wędkowanie udaję się w pośpiechu na nieco bardziej znane mi i lubiane łowisko.
Czasem jednak, z nie znanych mi powodów decyduje się na miejsce, którego wybór jest do tego stopnia irracjonalny, że najczęściej zostaję na nim zupełnie sam, a mój nastawiony do tej pory pozytywnie kolega pukając się w czoło żegna mnie ironicznym „powodzenia i połamania”. Prawdopodobnie znaczny wpływ na tak beznadziejną z pozoru decyzję ma moje totalne zrezygnowanie i zmęczenie. Wychodząc z założenia iż gorzej być nie może, a lepiej tym bardziej, rozkładam ponownie cały arsenał dla zaspokojenia tlącej się jeszcze gdzieś w środku nadziei, która prawie zawsze kończy się tym samym, czyli decyzją o szybkim powrocie do domu…
Tego typu wyprawy z reguły nie zostają w naszej pamięci, na długo. Traumatyczne wręcz wspomnienie zostaje bardzo szybko wyparte, chyba że…
No właśnie… Chyba, że zdarzy się coś tak niespodziewanego i niesamowitego zarazem, że jedyną myślą, której uda się przebić się przez ścianę szoku będzie „czy to aby na pewno dzieję się naprawdę? A może zmęczony i zrezygnowany, po prostu zasnąłem i to co się dzieję to tylko sen? ”
Wiadomo, takie sytuację nad wodą zdarzają się bardzo rzadko, ale jeśli już to pozostają w naszej pamięci na długie lata i stanowią doskonały materiał, aby się pochwalić i zdobyć zaszczytne pierwsze miejsce wśród towarzyszących nam przy ognisku, bądź podczas grillowania „bardów”…
Sięgając wstecz, doskonale pamiętam kilka takich wypraw, pełnych zaskakujących zdarzeń i zakończonych niesamowitymi efektami. Mimo to jednak, najbardziej w pamięci utkwiły mi tylko dwie, które co ciekawe miały miejsce niemalże jedna po drugiej, w tym samym roku.

Było to kilka dobrych lat temu, dokładnie w 2006 roku. Wspominam go dosyć dobrze, nie tylko z racji owych niesamowitych wypadów, ale również z całej masy innych dosyć ciekawych zdarzeń, które niech pozostaną moją słodką tajemnicą…

I.
Zgodnie z majową tradycją, wraz z moim towarzyszem niemalże większości wędkarskich wypraw postanowiliśmy wybrać się z żywcówkami na cętkowanego rozbójnika. Duże, niezbyt głębokie jezioro było jego bankową miejscówką od zawsze. Osobiście nigdy nie byłem do niej przekonany, ale z racji braku innej możliwości, ostatecznie się zdecydowałem…
Brzegi porośnięte trzciną, unoszące się na wodzie grążele, oraz fontanny uciekającej drobnicy obudziły we mnie nadzieję , że tym razem łowisko obdarzy nas wspaniałymi emocjami i pozwoli cieszyć się ogromnymi okazami na które liczyliśmy od samego początku wiosny.
Lekki, zachodni wiatr, zachmurzone niebo i dość niska temperatura jak na tę porę roku sprawiła że oczami wyobraźni zaczęliśmy dostrzegać znikające spławiki, zwiastujące ataki tylko i wyłącznie samych metrówek…
W pierwszej kolejności postanowiliśmy złapać kilka płoci, co nie sprawiło nam większego problemu. Pięknie wybarwione i w doskonałej kondycji idealnie nadawały się na szczupakową przynętę, dlatego też bardzo szybko powędrowały w upatrzone wcześniej oczka między grążelami rosnącymi przy samym trzcinowisku. Mój pewny swego towarzysz rozłożył podbierak, po czym wygodnie rozsiedliśmy się w fotelach oczekując na brania.
Przez kilka dobrych godzin niestety nie doczekaliśmy chociażby jednego przynurzenia spławika. Nawet same płotki nie wykazywały zbytniej chęci do ratowania swojego życia i schowawszy się gdzieś w zaczepie oczekiwały na gest łaski.
Szalę goryczy przelał drugi z koli zerwany zestaw po którym zdecydowałem się spakować sprzęt i udać w drogę powrotną do domu. Płocie, które zostały postanowiliśmy zabrać ze sobą, gdyż stwierdziliśmy że będą doskonałym uzupełnieniem rybostanu mojego przydomowego oczka. Wracając musieliśmy przeprawić się małą kładką przez rzekę. Kiedy tylko stanęliśmy na pierwszej mocno zbutwiałej desce kątem oka dostrzegłem, dość dobrze znane mi starorzecze. Niegdyś doskonałe łowisko, przez wiele lat zarosło i uległo znacznemu zamuleniu przez co stało się niedostępne dla wędkarzy. Kompletnie pozbawione życia „bagienko” zdecydowanie odstraszało swoim wyglądem, nie tylko wyżej wymienionych amatorów „moczenia kijka”, ale również wszelkiego rodzaju ptactwo wodne.
Mimo tego spora część mnie postanowiła zadecydować za nas obu i dlatego też po krótkiej chwili znaleźliśmy się nad brzegiem tego z pozoru mało atrakcyjnego łowiska.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama