Telefon od ASa - 28 zastał mnie na działce, siedzącego na werandzie, w gaciach, zajadającego niedzielną jajecznicę. Chłopaki z trzynastki na Zegrzu ogłosili alert i za pośrednictwem pana Zbyszka z Polinezyjskiej skrzykiwali ludzi dobrej woli, do pomocy w ratowaniu zegrzyńskiego rybostanu. Andrzej powiadamiał kolejno kolegów z naszego koła, abyśmy udawali się nad zalew, by pomóc miejscowym wędkarzom w transportowaniu padających ryb w górę rzeki. Powolny nurt znosił osłabione przyduchą ryby w kierunku zapory w Dębe, a tam stłoczone skazane były na niechybną śmierć. Wywózka była dla nich jedynym ratunkiem. W szczerym i naturalnym odruchu ubrałem się pośpiesznie i pobiegłem do Kiwaka – Patrol1, który byczył się po sąsiedzku. Już przechodziłem przez furteczkę, kiedy stanąłem jedną stopą na sąsiada, a drugą na mojej działce ... Zaraz, zaraz gamoniu! A dokąd to? Wtedy obudził się we mnie zdroworozsądkowy agresor. A dalej wy mi jazda! Poszli wy na chuj! Jestem co prawda zapaleńcem, społecznikiem i wrażliwym człowiekiem, ale dosyć tego! Może to właśnie najlepszy moment, aby SSR stała się SSW – czyli wędkarską, co postuluję od jakiegoś już czasu. Nie będziemy więcej służyć i walczyć o cudze. To przecież ich, cwaniaczków biznes! Niech ruszą swoje tłuste VIPowskie zady i sami zadbają o swoje. A niech tym pasibrzuchom - decydentom, te ryby w końcu pozdychają, bo my wędkarze z okolic Warszawy i tak nie mamy z nich pożytku. Ja osobiście zabrałem znad zalewu jednego, słownie jednego półtorakilogramowego szczupaka, a jeżdżę tam już od kilkunastu lat. Dla mnie i mnie podobnych, ryby są przecież tylko i wyłącznie obiektem pożądania, a celem naszych, wędkarskich wypraw jest z nimi kontakt. Dosyć więc dymania nas, zapaleńców! Od lat walczymy, aby z zalewu wynieśli się rybacy, którym to my fundujemy zarybienia. Jak zniknie ostatni rybi ogon, jak na wodach ograbionych przez Energopol, to może skurwiele odpuszczą sobie i odejdą razem ze swoimi sieciami. Pójdą grabić gdzie indziej. Niech idą do PZPNu, by ściemniać i opowiadać historyjki o garbatych aniołach. Przecież według ich zeznań i raportów, rybacy odławiali rocznie tyle, co średnio rozgarnięty wędkarz dziennie. Ja już wiem, że Puszkin nie wymyślił konserwy, a kiła nie przyszła do nas z Rosji, z partią waty, w czasie stanu wojennego. Zalew Zegrzyński posiądą wtedy bez reszty szkółki żeglarskie, bikiniarze – motorowodniacy i łyse pały – karki na swoich skuterkach z blondynkami na pace. Niech wyduszą jeszcze kaczory i łabądki, zastępując je gumowymi, albo dmuchanymi, bo nie będą mieli już łódek wędkarskich do ćwiczenia slalomów. Znikną smażalnie i tablice „świeża ryba” z tras wokół Zegrza. Jak mówił Kononowicz: nie będzie nic, nie będzie kurestwa, złodziejstwa, cwaniactwa …nic kurwa nie będzie. Niech PSR, zegrzyńscy rybacy, kolesiostwo i restauratorzy znad zalewu, sami rozładowują tę ekologiczną bombę, bo to ich, a nie nasz, wędkarzy problem. Niech szukają gdzie indziej Bolka na rower, czy innego leszcza barowego, bo ja się do nich nie przyłączę. Z PSRem miałem raz w życiu przyjemność i mogę ich śmiało porównać do Straży Miejskiej – stada zajebanych buraków, którym wydaje się, że są jakimiś kurwa, szeryfami. Zadzwoniłem parę lat temu na policję, po pomoc, widząc jak goście kłusują z łódki poniżej zapory. Ci przekazali zgłoszenie do PSRu, a strażnicy, którzy są od tego, jak dupa od srania, przyjechali łaskawie po ponad godzinie i zaczęli od sprawdzania kart wędkarskich mnie i moim towarzyszom. Potem wypisali mi mandat, za psa bez kagańca (całkowite bezludzie, środek nocy, zima!) i pojechali. Nie oszukujmy się, to jedna klika! Pisał o tym nie raz Jurek – społecznik. Ja wracam nad Wisłę i zalew sobie odpuszczam. Szkoda zdrowia i nerwów. Wyleczyłem się Mazur, to i z Zegrza się wyleczę. Będzie mi brakowało sympatycznych chłopaków z trzynastki, od których się wiele nauczyłem, magii zalewu i podniecenia, które mnie dopadało w drodze nad tę wodę. Trudno, przeżyję. Na początku czerwca byliśmy na kołowej wyprawie nad Turawą. Poczułem się uczciwie zawstydzony, tym co tam zastałem. Zalew podobny do naszego, ale zupełnie inny. Spotkani, miejscowi wędkarze życzliwi, atmosfera przyjacielska, wszystko jakby spowolnione, bez nerwów, żadnych przygłupów na skuterach i przede wszystkim ryby. Ryby, o jakich na Zegrzu można tylko pomarzyć, albo z przekazów od starszych wędkarzy. Widok przesympatycznej pani, skrobiącej piękne okonie i sandacze, oraz jej szczery, przyjacielski uśmiech do mnie, przybysza z Warszawki. Jej mąż, wytrawny wędkarz, który podszedł do nas i zagadał, też okazał się przyjacielsko nastawionym człowiekiem. Widać całe zło i chamstwo kumuluje się w okolicach stolicy. - „ … a wy co, Warszawiacy, nie umiecie zadbać o swoje? Przecież macie też piękny zalew, więc po cholerę jeździć tyle kilometrów. Zróbcie coś z tym, weźcie z nas przykład!” Poczułem się zawstydzony. Przecież u nich, na Turawie rybaków nie ma dopiero od trzech lat. Widać, jak byli, też musieli być bardziej cywilizowani i uczciwsi, od naszych, zegrzyńskich. Idę nad Wisłę, poszukać tej rynny i posprzątać trochę… Wiem, że jak zobaczę jakieś kurestwo, to zadzwonię po chłopaków z posterunku rzecznego, a Ci przyjadą natychmiast. Oni są tu, na Wiśle jeszcze ostoją prawa i uczciwości, więc wiara we mnie jeszcze nie umarła. Mam też Świder, z odradzającym się w nim życiem, więc poradzę sobie. Wejdźcie na bloga Zbiga28 - tam sobie dopiero poczytacie o tych wszystkich absurdach. T12tom, też ciekawie opisuje cały ten rybacki proceder: „Precz z no kill”, „PZW czy PZPR” i podaje liczby, które obrażają naszą inteligencję. Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia nad wodą.
Komentarze