Reklama

Ryby na zawołanie

02/07/2014 16:26

Minął pierwszy tydzień naszych wakacji nad jeziorem, tydzień poświęcony poszukiwaniu szczupaków, nęceniu karpi i czatowaniu na węgorze. "Duża ryba-duże emocje, mała ryba- dużo roboty", to taka moja wędkarska dewiza. Nie przepadam za łowieniem drobnicy.
-Chyba kupimy u rybaka te ryby-śmieje się ze mnie ojciec. Rozumiem, konserwy z wołowiny mogą sprzykrzyć się w końcu każdemu. Cóż, trzeba będzie odstąpić od zasad...

Stanęliśmy łódką na górce przed wielką kępą zielska.
- Dorzucisz?- zapytałem siostrę.
Wypłynęliśmy we dwoje, z jedną lekką, pięciometrową wędką. Ustawienie łódki w odpowiedniej odległości było bardzo ważne: zbyt blisko - spłoszy się ostrożna ryba, zbyt daleko nie dosięgnę podwodnych gąszczy, poza które wzdręga rzadko wychodzi, chyba że jest zanęcona. Pod nogami w wiaderku moczył się suchy chleb...
Leciutki wiaterek marszczył wodę, spychał wyrzucone skórki wprost w wodorosty. Zachmurzone niebo wróżyło wprawdzie deszcz, lecz także i dobre brania. Jeżeli już bawić się w łowienie drobnej ryby, to z fasonem!
Coś cmoknęło, coś poruszyło się w zielsku. Rzuciłem następną porcję chlebowej zanęty. Padła na skraj wodorostów częściowo tonąc, częściowo pływając po wierzchu. Woda wokół zawirowała, wzburzyła się.
- Rzucaj tam - powiedziałem do siostry. Maleńki spławiczek ledwo co opadł na wodę, a już suną, nabierał prędkości. Szarpnięcie i delikatna końcówka wygięła się mocno.
- Uważaj, nie puść jej w zielsko! Julia zawraca sporą, półkilogramową chyba wzdręgę, ściąga ją z nęconego obszaru, przybliża do łódki. Robi się nieco za gwałtownie. Ryba szarpie się, chlapie, pieni wodę.
- Nie po wierzchu! Nie po wierzchu!!! Obniż szczytówkę!
Wzdręga zbliża się do podbieraka. Już ją mamy. Jest dorodna, szeroka, ciężka. Wielkie, złote łuski i ciemnoczerwone płetwy. Piękna. Wpuszczamy ją do siatki, a siatka do wody, z drugiej burty oczywiście. Jest już początek! Płuczę ręce i sypie znów porcję zanęty. Julia już ciągnie następną wzdręgę, taką samą. Trzecią w pośpiechu urywa.
To jest łowienie! Żadnego tam czekania na branie : ledwo spławik dotknie wody - już jedzie, śmiało, ostro! Wystarczy lekko tylko napiąć żyłkę i szarpnąć w przeciwnym niż ryba kierunku. Branie - hol - lądowanie. Jak w transie. Tworzymy dwuosobowy zespół z jedną wędką.
Przynętę zakłada Julia. Lepi z chlebowego ciasta kulki wielkości czereśni. Tak, takie właśnie, żadne tam okruszki, i zakłada na haczyk, też wcale nie mikroskopijny. Ręce ma suche i co najważniejsze - nie dotyka nimi ryby! To też cały sekret powodzenia, ryby stadne nauczyły się ostrzegać wzajemnie za pomocą zapachów (Dokładniej napisze o tym w innym wpisie)! Złowiona ryba wydziela jakąś chemiczną informację pozostałym. Tego tylko trzeba, by ten zapach dostał się do przynęty!!! Moim zadaniem jest schwytanie holowanej wzdręgi podbierakiem, odczepienie jej i przełożenie do sadzyka. Za każdym razem płuczę ręce, ale przynęty i tak nie dotykam!
Kolejna krasnopióra chlapie się po wierzchu. Jest znacznie większa od poprzedniczek, pewnie ma z 70 dekagramów.
- Spłoszysz wszystkie tym chlapaniem! Prowadź ją trochę głębiej! - Krzyczę do siostry.
- Łatwo ci mówić...
- Zobaczysz, że wszystko wypłoszysz!
- Lepiej znowu sypnij - Julia ma dość mego gadania.
Skórki chleba padają z plaśnięciem na wodę. Kotłowanina, wiry na powierzchni. Skórka jedzie w głąb wodorostów. Dopadają ją tam pozostałe wzdręgi, rozszarpują na kawałki, wprost roznoszą w żarłocznych pyszczkach! Mimo woli przypominają mi w tej chwili piranie.
Nad górką z krzykiem krąży mewa. Za chwile jest już druga, trzecia. Zwołując się do darmowego jadła, pojawiają nie wiadomo skąd. Większe kawałki chleba wiatr zepchną z łowiska, mewy czekają aż chleb oddali się nieco od łódki. Tam rozpoczną ucztę.
-Czy nie musimy już wracać na obiad? Mieliśmy być z powrotem za godzinę, zobaczysz, będą się złościć- Julii wraca przytomność.
-Jeszcze trochę, chcieli mieć ryby, no to niech mają!
-Chleb już się kończy.
-Poczekaj, wyleję tę papkę.
Chwytam za wiadro. Resztki zanęty wpadają do wody, toną smużąc, ściągają ryby. Woda tam dosłownie się gotuje. Na nasze szczęście, wzdręgi są dziś wyjątkowo żarłoczne. Może na zmianę pogody? Chyba rzeczywiście, bo słaby wiaterek cichnie prawie całkiem, a drobne krople deszczu znaczą powierzchnię jeziora małymi kółeczkami Robi się mokro. Nawet tego nie zauważamy - wzdręgi pochłaniają nas całkowicie. Swoją drogą, czy nie lepszy byłby dziś spining? Jakby na potwierdzenie, skraj zielska zafalował gwałtownie, białawe cielsko sporego szczupaka z głośnym pluskiem przewaliło się na powierzchni.
- Wystraszy nam wszystko! Juli nie zachwycił widok drapieżcy.
- Szkoda, że nie zabrałem spiningu.
- Musimy naprawdę już wracać.
- Złap jeszcze jedną.
- Przestały brać...
- Dobrze, zwiń wędkę, zwiń wędkę, spływamy. Nie zapomnij wyjąć sadzyka z wody!
Sadzyk jest ciężki, z trudem przenoszę go ponad burtą. Kładę na podłodze. Plusk, chlupot: wzdręgi trzepoczą się.
Wszystkie szerokie, kolorowe, sztuka w sztukę: 30-40 dekagramów, wśród nich kilka większych, półkilogramowych i ta największa, pewnie ma ze 3/4 kg. Piękny połów!
- To ja naprawdę aż tyle złowiłam?! - pyta zadowolona siostra.

Pozdrawiam kubaxxx


Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama