Wisła - jakże piękna rzeka…. Nie bez powodu nazywana królową… Skąd ta nazwa? Ta Wisła… Więc jest kobietą? Chyba tak… Piękna, delikatna, spokojna, cicho szemrząca, mieniąca się łuską fal w słoneczny dzień, jak piękna kobieta przed wspaniałym wieczorem we dwoje. W innym miejscu zadziwiająca, nieobliczalna, nieokiełznana, szalona i dzika, jak wspaniała kobieta w łóżku podczas upojnej nocy. Jeszcze w innym wydaniu smutna, ołowiana, bijąca pianą na płytkim przelewie, wściekle przybierająca, porywająca wszystko, co może- niczym kobieta przed rozwodem… Coś jest w tej nazwie, co karze kochać i nienawidzić, co daje chwile radości i uczy pokory. Prawdziwa Kobieta… to moja Wisła. O jej uroku pisało wielu i jeszcze wielu napisze, ale żadne słowa nigdy, nie obnażą tej królowej. Nigdy nie dowiemy się o niej całej prawdy. Nigdy też nie możemy być całkowicie pewni tego, co się wydarzy…, Gdy staniemy u jej stóp. Mali chłopcy… wędkarze… dzieci.
To Ona dała mi ostatnio tak w kość jak nikt inny. Poznałem jej nowe oblicze, Królowej Nocy. Od listopada opętała mnie. Gdy tylko znajdę chwilę pędzę nad wodę. Aby przed zmierzchem stanąć nad jej brzegiem z kijem, uzbrojonym w przynętę i porzucać. Chociaż dwie, trzy godziny. Nie jest ważne czy jej mętnoocy strażnicy będą chcieli współpracować. Chcę ją czuć. Chcę chłonąć. Każdą chwilę spędzoną po zmierzchu, przy rozmytym świetle księżyca, w odbiciu lamp rozświetlających drogę ruchliwego mostu. Samotnie, czekać w ciszy i skupieniu na to jedno puknięcie. Na tego jednego strażnika nocy, o wilczych kłach i szalonych mętnych oczach. Czającego się gdzieś cichutko w Jej warkoczu…
Staję tak na brzegu. Kij przygotowany. Kołowrotek średniej wielkości dobrze układający zwoje cienkiej plecionki… Na końcu agrafka, a do niej przypięta główka. Waga 12-25 gram. Oczywiście waga zależy od niej… Jaki ma dziś nastrój, czy woda ledwo kręci w zakolu, czy zaczyna się złościć i nurt przybiera na sile. Na haku lądują kopyta od 7 do 9 cm, w trzech ulubionych kolorach. Białym, seledynowym i żółtym- wszystkie z ciemnym grzbietem. Posyłam je jak najdalej od brzegu i podrywam, czekając, aż znów uderzą o dno. To jak w tańcu z… Dwa płynne ruchy korbką przy uniesionej wędce. Opuszczenie kija, znów dwa ruchy… To krok sandaczowego tańca. Czasem nawet któryś z jurorów się podniesie i delikatnie zapuka…. A wtedy zaczyna się inny taniec… Nowy choreograf wkracza do gry… Kij się gnie, czasem pojawia się nowy instrument- solo gra terkotka. Potem figury zwane pompowaniem i coś dla pilota- lądowanie. Wszystko po ciemku, niczym na balu maskowym. Po odhaczeniu ryba odpływa, bez fleszy, kamer, wraca na swoje miejsce. Niech płynie. W końcu jest ich coraz mniej. Należy im się wielki szacunek.
Ja zaczynam od nowa krok sandaczowego tańca. Niestety, coraz rzadziej zdarzają się puknięcia. Czasem są tak krótkie i delikatne, że czuła wklejanka ledwo je rejestruje. Ale ja wiem, że to sandacze. Najlepsze godziny, to te, przed samym zmierzchem i jeszcze dwie trzy po nim… Potem znikają, jak kopciuszek z balu… Wiślane wilki, strażnicy Pięknej Królowej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze