Po co komu ta "zima"? Chyba jedynie amatorzy białego szaleństwa mają okazję do wyżycia się na ulubionych stokach. Dzieciaki zapewne już od dawna nie cieszą się tą porą roku jak to bywało w dawnych czasach. Wcale im się nie dziwię bo wystarczy wyjrzeć za okno żeby dostać mdłości... Zjawisko atmosferyczne zwane śniegiem ( dla młodszych wyjaśnię że to takie zimne i białe co spada z nieba ) wystąpiło może ze dwa razy i zaistniało parę dni wiele tygodni temu... Mrozu też jak na zimowe standardy było bardzo niewiele o czym zapewne przekonali się boleśnie Koledzy preferujący moczenie kijaszka w przeręblu. Kiedyś to były zimy... Nie mogę powiedzieć żebym jednak specjalnie tęsknił za trzaskającym mrozem - przeciwnie. Niemniej przyjemniejszym dla oka stokroć widokiem jest magiczny krajobraz spowity białym puchem niż obrzydliwa zielono - szara zgnilucha, deszcz i brak słońca.
To tyle typowo polskiego narzekania:-) Najważniejsze że mamy już połowę marca i nawet najobrzydliwsza z możliwych pogoda nie jest w stanie odwrócić mojej uwagi od tego co nieuniknione i zbliża się z każdym dniem! Wiosna! To wspaniałe słowo które chciałoby się "wyryczeć" jednym tchem ile sił w płucach!
To brzmi jak prawdziwe wyznanie wariata ale wsłuchując się w dźwięki przyrody dochodzę do wniosku że nie jestem w tym pragnieniu osamotniony. Wystarczy zadać sobie odrobinę trudu i wybrać się na krótki spacer do parku, lasu czy choćby właśnie nad wodę. Zapewniam, że usłyszycie ten zew! Może jeszcze nieśmiały, nie natarczywy ale wybijający się zdecydowanie ponad martwą ciszę, szarzyznę i pozorna beznadzieję.
Dzikie gęsi już są, żurawie - są, sikorki drą się jak oszalałe a myszołowy miauczą jak marcujące się koty na przedwiosennym niebie w szale miłosnych uniesień. Mówię Wam - coś wisi w powietrzu! :-)
Z każdym dniem czuję mrowienie w krzyżu... Jakoś częściej zaglądam do jeszcze pogrążonych w zimowym letargu wędek i kołowrotków, wertuję sterty akcesoriów rozrzucone w nieładzie po ubiegłym sezonie. Lada dzień lub tydzień napłynie ciepłe powietrze, zza ołowianych chmur wyjrzy nam piękne słoneczko... Zrobi się miło i jakoś lżej na duszy!
Jakoś tak się co roku składa że ten czas przychodzi przeważnie z początkiem kwietnia. W tym roku mam już opracowany plan na pierwszy wiosenny wypad. Miałem mnóstwo czasu żeby przemyśleć precyzyjnie wszystkie szczegóły.
Jest takie jedno jezioro... W sumie woda jak każda inna ale dla mnie ma tę zaletę, że jedyna połać płytkiej wody, czyli takiej której będę o tej porze roku poszukiwał jest teraz dostępna niemal w pełni. Za kilka miesięcy a nawet już w maju porosną ją liście i o wędkowaniu będzie można zapomnieć a póki co można korzystać do woli - jest z czego! Tego miejsca cały sezon trzymają się liny, karasie, karpie oraz wszelki "drób". Nawet leszcze lubią czasem zajrzeć na tę nieprzekraczającą metra wodę. Myślę, że wczesną wiosną głębiej łowić zwyczajnie nie ma sensu. To tu woda najszybciej się nagrzewa i dlatego wszelkiej maści wodne prosiaki ściąga jak magnes obecność wyłażących z dna "smakołyków". Najpiękniejsze jest to że można tu teraz będzie liczyć na pełen przekrój gatunków. Jeśli nawet zawiodą faworyzowane liny to zawsze można będzie połowić płocie czy jazie. Spławikowiec ze mnie obecnie bardziej "weekendowy" ale kiedyś praktykowałem połów ta metodą znacznie częściej. Mimo to z odpowiednio wytypowanego miejsca o tej porze rzadko schodzę "o kiju".
Nie potrzeba mi teraz kilogramów zanęt i sterty "niezbędnych" gratów. Wygrywa koncepcja minimalistyczna czyli tak jak lubię, tak jak łowiło się kiedyś ( ze wzruszeniem wspominam te czasy ). Białe robaczki, pinka do zanęty i obowiązkowo czerwone robaki ale nie te "sklepowe"! Tylko i wyłącznie takie które wydłubię z ziemi sam, czyli lekko różowe, niezbyt zgrabne ale za to bardzo smakujące rybom. Przynęty roślinne teraz sobię daruję. Przyjdzie na nie czas za dwa, trzy miesiące kiedy woda będzie już ciepła a metabolizm ryb znacznie przyspieszy.
Nęcę bardzo skromnie i blisko brzegu. Tutaj też lokuję zestawy bo woda jest tu teoretycznie najcieplejsza. Coś w tym jest bo w tej strefie brań mam zawsze najwięcej. Niestety w takich warunkach trzeba zachować ciszę na łowisku i zachowywać się bardzo ostrożnie. W końcu łowię niemal pod szczytówką a głębokość łowiska to często nie więcej niż 70 - 80 cm! Pewnie praktycznym narzędziem byłby tu np bat ale ja mam sentyment do wędki z kołowrotkiem więc na ogół sięgam po "matchówkę". W razie gdyby przynętę połknął duży lin czy spory karpik mam większą możliwość manewru i szanse na lądowanie ryby podbierakiem znacząco rosną.
Spławiki oczywiście dobieram do warunków ale zawsze kieruję się zasadą - im lżej tym lepiej. Jeden zestaw lekko przegruntowany zarzucam centralnie w pole nęcenia a drugim "pracuję" w bezpośredniej bliskości poszukując rybek żerujących w toni i tuż nad dnem w myśl zasady że jak nie linek to może chociaż płotka... W końcu nie to jest tak naprawdę najważniejsze. Nie oszukujmy się... Nie tylko na ryby przyjeżdżam w to miejsce niemal co roku.
Brzeg łagodnie opada tu w stronę płytkiej wody gdzie pojawiają się już pierwsze liście grążeli i grzybieni. Pomiędzy nimi uwijają się stada złotouskich krasnopiórek a z rzadka sznureczkiem drobnych bąbelków zaznaczy swą obecność grubszy karpiowaty zwierz. Kwietniowe słońce wspaniale grzeje zdrętwiałe po zimie ciało. Panuje tu specyficzny mikroklimat ( a może to kwestia żyznej gleby? ) - zawsze wczesną wiosną jest tu już piękna, soczysta i zielona trawa. Na drzewach jakby więcej liści a po łące kilkadziesiąt metrów ode mnie spaceruje pierwszy tego roku bocian zapamiętale ścigając żaby aż do samej wody. Ptaki w krzakach drą się na całe gardło a unoszące się wysoko skowronki wlewają swoim trelem całe "gigawaty" pozytywnej, wiosennej energii w udręczone zbyt długą "pseudozimą" serce... Tego nie da się opisać ale magia tego miejsca jest ujmująca choć z pozoru niczym ono się nie wyróżnia.
Krajobraz jakby przerysowany z najpiękniejszych dzieł mistrza Chełmońskiego... Istna sielanka! Kaczki, łyski,łabędzie - życie, prawdziwy jego wulkan. Czasem wręcz nie można oprzeć się pokusie by położyć się na kobiercu gęstej, nagrzanej słońcem trawy, by patrząc w niebo móc cieszyć się tym wszystkim i całym ciałem oraz sercem chłonąć ten cud natury na który czekało się długie beznadziejnie szare miesiące... I do tego te cudownie "ryczące" żaby! Jak mi tego brakowało!
W końcu pierwsze branie, spławik rozpoczyna swój taniec by po chwili zniknąć. Tak rozpoczyna się kolejny sezon. Czas zmagań, nowych wyzwań, emocji. Nareszcie!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze