WITAM WSZYSTKICH !!! Obiecałem opisać moje niecodzienne połowy, a więc przyszedł czas na drugi: w maju 1984roku pojechałem pierwszy raz na staw Tysiąclecie - kumpel polecił, no i stawik okazał się całkiem ok. Okonki, leszcze, płotki - można było się pobawić. Jeździlem tam rowerem parę dni i trafiły mi się dwie spore liny, zauważyłem, że siedzą w trzcinach przy samym brzegu, postanowilem łowić z boku, a to miejsce dziennie delikatnie nęcić przez parę dni pęczakiem.
Minął kolejny tydzień i postanowiłem z samego rana zapolować na lina potwora. W niedzielę byłem na miejscu ok 6.00 i łowię, ok. 7-mej linek 30 i cisza ok. 8-mej obok na lawce usiadła jakaś ekipa i obserwowała (staw w centrum osiedla) po pół godzinie kolejne branie i jest to na co czekałem - męczyłem go z 15 minut, bo same ziele, ale w koncu widzę linka ok. 60cm, w tym momencie podeszła ekipa z ławki - myślałem, że chcą pomóc z podbierakiem, bo nie bardzo mogłem dosięgnaąć, ale szok.
Jeden mnie chwycił i przepalił żyłkę papierosem, a potem??? Po pysku, wzięli mi mojego wygranego ABU z wędką i ze śmiechem odeszli - rower mi się został to ta DRUGA SMUTNA HISTORIA. PS Od tego czasu tam nie byłem.
Komentarze