Reklama

Sobotni, mglisty poranek

06/08/2012 22:37
Sobotni, mglisty poranek
Mgła na wodą, parno, rosa na trawie o poranku jest tego oznaką, że mamy już sierpień. Warunki meteo raczej nie odbiegają od tych zaprezentowanych na stronie Instytutu Meteorologii i Gospodarki wodnej w materiale „Biuletyn monitoringu klimatu Polski sierpień 2010”. Podbudowani piątkowymi efektami na spinningu, załadowani na wózki transportowe, ruszamy pełni nadziei w zatokę, tym razem ze spławikówkami i zestawami gruntowymi. Na pomoście z lewej spotykamy wytrwałych Kompanów mijanych na ścieżce prowadzącej wzdłuż jeziora uprzedniego dnia wieczorem, którzy dzielnie zaliczyli nockę. Są zmęczeni ale radośnie odpowiadający na pytania „jak brało”. Zresztą co chwilę rzucające się ryby w siatce świadczą, że nie było najgorzej. Ot trafił się i linek i karaś i leszczyk, aczkolwiek brania były nieregularne, a efekty wręcz typowe dla wytrwałych zawodników.
Sprawnie prowadzimy wyćwiczone latami czynności. Rozmieszczenie sprzętu na stanowisku, rozkładanie i gruntowanie zestawów i podjęcie ostatecznej decyzji. W końcu nęcenie. Pierwsza przynęta na haczyki i oczekiwanie na upragnione branie. Mgła wokół, że oko wykol. Dobrze, że nasze spławiki są w zasięgu wzroku, lecz przez dłuższą chwilę brań jak na receptę. Nie mówię o drobnicy, której nigdy raczej nie brakuje. Jednak gdzie te karasie, leszcze i liny? Dopiero po ponad godzinie, niby delikatne boczne poruszenie spławika i na swojej odległościówce czuję większą rybkę. Podbierak dotychczas bezrobotny zostaje tylko lekko wysunięty do przodu i w zielonej siatce złoci się najpiękniejsza ryba naszych jezior, przepiękny lin. Czyżby coś w końcu drgnęło? Niekoniecznie, gdyż na oczekiwaniu mijają kolejne minuty przeplatane drobnicą, aż w końcu po zdecydowanym przytopieniu i efektownym zacięciu szczytówka odległościówki energicznie drga, co jest także wyczuwalne na dolniku wędki. Mgłą na tyle ustąpiła, że przez chwilę pod powierzchnią widzę złotawy bok ryby. Prawie wykrzyknąłem „złoty” karaś w domyśle. Prawie zgadłem, lecz po chwili w podbieraku moim oczom ukazuje się 25cm karpik. Cóż za niespodzianka, przecież takim nie zarybiamy! Fotka, bużka i do wody.
Po kolejnej przerwie w braniach, patrząc jednocześnie na zegarek zauważam małe pudełko ze specjalnie zaparzonymi konopiami. Właśnie tymi, które miały być dodane od samego początku do zanęty bazowej. Nie pozostaje mi nic innego jak naprawić błędy, uzupełnić mieszankę, poprawić nęcenie i oczekiwać dalej na konkretne brania. Dosłownie chwilę po wrzuceniu do wody kilku niewielkiej średnicy kul zanętowych, woda dosłownie wrze. Wprowadzam w łowisko zestaw odległościówki specjalnie wyrzucony dalej za miejsce nęcenia w celu przetopienia żyłki, gdy notuję na spławiku zdecydowaną wystawkę. Następuje płynne zacięcie i już wiem, że zapiąłem leszcza. Nic wielkiego, jeżeli chodzi o wielkość ryby, ale cieszy fakt, że sprawdzają się pewne wcześniej założone koncepcje. Kolejne zapięte rybki zdecydowanie utrzymują nas w dobrym humorze, więc ponownie radośnie powracamy do kempingu na zasłużoną kawę. Powrócimy tu znowu wieczorem.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama