Czwartek, godzina 17:00, pogoda słoneczna i nagle do głowy wpada pomysł wybrania się na nocną wyprawę. Nie czekając na nic chwytam za telefon i dzwonie do Szymona, który praktycznie od razu zgadza się na wyjazd. Szybka wizyta w sklepie wędkarskim i biegiem do domu by się uszykować. Jeszcze tylko wizyta w supermarkecie i ruszamy nad wodę, a mianowicie Zalew Roszkowski.
Widok jak dla nas piękny, ludzi prawie nie ma, bo w końcu to nie weekend, więc ze znalezieniem miejsca nie ma problemu. Niedaleko miejscówki, którą wybraliśmy siedzi kolega po kiju Maciej. krótka rozmowa i Maciej stwierdza, że jedzie do domu po cieplejsze ciuchy i wraca do nas. I tak około 21:30 siedzimy w trzech nad wodą, nigdzie żywej duszy i pozostaje tylko czekać na brania. Razem z Szymonem używamy zanęty linowo-karasiowej a na haczykach białe robaki. Jakich żyłek i haczyków używał Szymon nie wiem ale na moich wędkach jest gruba (jak dla mnie) żyłka 0,28mm (przyznam się, że z lenistwa nie chciało mi się zmieniać na cieńszą). Haczyki, których używam to zazwyczaj 8 ale dziś nie miałem przyponów z haczykami powiązanych więc wyciągnąłem ze skrzynki gotowe o grubości 0,18mm a haczyki standardowo 8. Trzeci kolega na 7:00 rano musi iść do pracy więc stwierdza, że rozłoży się na "grubszą" rybę i na duże haki zakłada jeszcze większe mięsiste dendrobeny.
Do godziny 00:20 cisza żadnych brań ani nawet dźwięków sygnalizatorów. Nagle rozlega się głośny dźwięk sygnalizatora kolegi Macieja, który zrywa się ze snu i zacina rybę, po krótkim holu widzimy suma. Szybkie mierzenie, które wykazuje 40cm, fotka i do wody. Cała noc mija w miarę spokojnie, dwa brania niestety ze spóźnionym zacięciem. Rano mnie i Szymona budzi Słońce wychylające się zza horyzontu. Trzeciego z nas już nie ma i zostaliśmy tylko we dwóch.
Około godziny 7:30 nagle jest delikatne lecz ewidentne branie. Szybkie zacięcie i czuję, że na kiju coś ładnego jest, jakieś 3m od brzegu widzimy, że to lin, który nagle zaczął szaleć i usilnie próbuje wpłynąć a pobliskie trzciny na szczęście po chwili ląduje w podbieraku a miara pokazuje 35cm. Zadowolony z siebie, w końcu to pierwszy lin w tym roku, słyszę po 15 minutach następne silne branie. Po zacięciu czuje na kiju, że to jest raczej coś większego i bardziej walecznego. Znów widzimy przy brzegu, że to lin tym razem większy niż wcześniej. Nie wiadomo czemu Szymon nie notuje na razie żadnych brań, a ja około 8:30 mam następne branie i tym razem jest to coś zdecydowanie większego, czuć, że ryba walczy i przez głowę przechodzi mi myśl, że może jakiś medalowy lin tym razem. Niestety mało, że to nie lin tylko karp (ok. 40-45cm) to tuż przy brzegu wchodzi w roślinność i wypluwa haczyk...
Chwile później na wędce Szymona jest silne branie lecz po zacięciu coś pęka i przy brzegu okazuję się, że przypon nie wytrzymał. Gdzieś około 9:00 Szymon notuje leszczyka 28cm. I chwilę później jeszcze jednego 32cm. mieliśmy jeszcze po jednym silnym braniu ale sytuacja podobna jak w nocy po zacięciu nie ma ryby na kiju. Po krótkiej sesji zdjęciowej ryby wypuszczamy do wody.
Może za duże haczyki, może za późne zacięcie tego już się nie dowiemy ale wyjazd uznajemy oczywiście za udany. Wiemy przynajmniej, że ryby są i na pewno niedługo zaliczymy kolejną nockę.
Komentarze