Jezioro Mąkowary spowijała delikatna mgiełka. Pierwsze kule zanętowe rozbiły się o błękitno zieloną powierzchnię wody. Kolejny wakacyjny dzień spędzałem z kolegą Tomkiem na rybach. Wczoraj urzędowaliśmy nad jeziorem Długim, dzisiaj ranek nad Mąkowarami , a jutro odkryjemy nieznany nam jeszcze zakręt tajemniczej rzeki Drawy.
Pierwsze promienie słońca gasiły wszędobylskie krople rosy. Rześkie poranne powietrze i roztaczający się przed nami pejzaż budzącego się dnia, wynagradzał wczesną pobudkę. Kolejne branie, kolejne zacięcia, kolejna płotka dzieli los swoich towarzyszek w sadzu z metalowej siatki.
Rzut wzdłuż trzcin i niewielka bąbka ląduje na skraju oczeretów i otwartej wody. Spora ukleja walczy z oporem spławika prowokując swoje przeznaczenie. Po paru minutach rybka opada z sił ,a sygnalizator zamiera w bezruchu. Nie trwa to długo. Podskakująca w szalonym tańcu bąbka, zdradza ostatni zryw walczącej o życie przynęty. Czerwono biała kulka odjeżdża gwałtownie w bok, następnie płynnie znika w szmaragdowej toni jeziora. Po chwili trzydziesto centymetrowy pasiasty rozbójnik ląduje w koszu wzbudzając przerażenie wśród srebrnych płotek.
Leniwie płynące godziny spędzamy w ciszy. Podziwiamy piękno przyrody i chłoniemy spokój, którego tak brakuje mieszkańcom wielkich miast. Tomek jest z Wrocławia i tak samo jak ja spędza wakacyjne miesiące w niewielkim miasteczku otoczonym krainą lasów i jezior.
Długi spławik na moim zestawie delikatnie podskakuje, wykłada się i odjeżdża w bok. Zacięciu towarzyszy suchy trzask pękającej żyłki.
No tak, teleskop pożyczony od dziadka pamięta zapewne okupację, a przelotka szczytowa wygląda jakby obgryzło ją stado bobrów.
- Masz inny spławik? – zapytał Tomek holując kolejną płoć.
- Nie – odrzekłem rozdrażniony, wpatrując się w sygnalizator brań ciągany przez zaskoczoną rybę.
- Płyń po niego - z powagą w głosie radzi kolega.
Grzebię w starej skórzanej teczce, szukając w niej ratunku przed kąpielą. O tej porze woda raczej nie zdążyła się jeszcze nagrzać i nie uśmiechało mi się do niej wchodzić. Na dnie dziadkowej torby znajduję starą algę trójkę.
- Problem z głowy – oświadczam kumplowi, starając się złapać merdającą się na wietrze żyłkę.
Blacha jest porysowana i miejscami pokryta rdzą. Biorąc zamach zastanawiam się, jakie to wielkie rybska łowił dziadek na starą algę. Pewnie podczas okupacji ją tak szczupaki porysowały, ech wtedy to musiały być ryby. Z drugiej strony czy Algi mogły być już produkowane w tamtych czasach? Rozmyślając nad metalową przynętą i dziadkowymi opowieściami o wędkowaniu, przerzucam spławik za daleko, o dobre piętnaście metrów. Unoszę kij do góry i zwijam szybko żyłkę. Muszę natychmiast powtórzyć rzut, bo tylko patrzeć jak coś zeżre holującą spławik rybę i tyle go będę widział.
To nie było twarde uderzenie, pulsujący ciężar miękko siadł na kiju. Wysłużona Germina z piekielnym jazgotem zaczęła oddawać kolejne metry żyłki przeciwnikowi. Tomkowi z rozdziawionych ze zdziwienia ust wypadł ukradziony ojcu papieros. Przykręcam hamulec i powoli odzyskuję kontrolę nad sytuacją. Po kilku minutach oddaję w myślach hołd cienkiej żyłce nieznanej mi firmy, a ogromny garbus ląduje w podbieraku.
- Masz jeszcze jedną wahadłówkę? – pyta się tomek z nadzieją w głosie. Wpatruję się w zielono – oliwkowego potwora z niedowierzaniem. Jest ogromny, nie wiedziałem, że są tak wielkie okonie.
Wyrywam się ze wspomnień i zaciągam pachnącym wodą i lasem powietrzem. Od wakacyjnej przygody i spotkania z wielkim garbusem minęło już ponad piętnaście lat. Patrząc na bezmiar wody otoczonego sosnami jeziora, rozkładam z namaszczeniem dwu składowy spinning. Pomijam gumy i z pudła na przynęty wyciągam srebrną algę. Wpatruję się w nią z zadumą. Już kilkakrotnie próbowałem łowić okonie na szybko zwijaną dużą wahadłówkę. Niestety połowu z nad Mąkowar nie udało mi się więcej powtórzyć. Może do tej pory źle dobierałem łowiska? Zdecydowane szarpnięcie w trzecim rzucie i miły ciężar po drugiej stronie zestawu rozwiewa moje wątpliwości. Wyholowany okoń ma grubo ponad czterdzieści centymetrów. Oddaję kolejny rzut. Po serii kilku agresywnych szarpnięć, następny piękny pasiak chwyta przynętę prawie pod samym brzegiem. Sądząc po braniach, prawdopodobnie srebrną blaszkę goniło całe stado. Zapowiadało się fantastyczne łowienie. No ale czemu tu się dziwić, przecież jestem w sercu Norwegii!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze