Reklama

Stracone złudzenia, zniszczone wspomnienia

05/04/2011 10:25
Gorąco... Lekki wiatr z zachodu...
Lipiec, godziny wczesnopopołudniowe. Wisła, niekoronowana królowa polskich rzek... Rzut oka na okolice wału: wszędzie dookoła soczysta zieleń, błękit nieba nieprzerwany nawet jednym obłoczkiem... Węch upaja się zapachem kwiatów z pobliskiej łąki i słodką wonią Wiślanego błocka. Owady cicho brzęczą koło uszu, słychać śpiew ptaków, delikatny szelest traw i liści na wietrze... I coś jeszcze... Coś, co mąci ten koncert natury...
Wsłuchuję się czym jest ten dyscharmoniczny, irytujący dźwięk. W tym momencie nagłe olśnienie: toż to szum turbin z nieodległej elektrowni. Patrzę złym okiem w kierunku pobliskiego betonowego kolosa. Kopci toto jak smok, czuć teraz lekki smrodek płonących sadz i optymistyczny widok kłębów smolistego dymu dumnie strzelających z wysokich kominów, ogłaszając tryumf ludzkiej myśli technicznej.
Jakby tego było mało uszy rozdziera w tym momencie huk nadmiaru pary spuszczonej z kotłów.

Wtedy poczułem się jakoś dziwnie, czyli, mówiąc szczerze, cały nastrój kontaktu z naturą szlag jasny trafił. Klnąc z cicha na nieustępliwość rzeczywistości, zwinąłem swój majdan leżący na wielkim głazie tutejszej opaski z powrotem na grzbiet, celem dotarcia na moje kameralne, osłonięte zasiekami dwumetrowych pokrzyw poprzerastanych dzikim chmielem, zapomniane przez wszystkich starorzecze. Tam przynajmniej będzie mi oszczędzony widok rzeki zgwałconej hydrotechniką i pomysłowością ludzką.
Nie było mnie na "dołku" już dłuższy czas, ciekaw jestem jak tam teraz wygląda, czy krasnopiórki nadal kręcą się przy moich grążelach... I te bąble zwiastujące wielkie żarcie karasi, złotozielonych linów – siłaczy, czy karpi dla których konfrontacja z lekkimi zestawami prawie zawsze kończyła się sukcesem... Pokrowiec w rękę, plecak na grzbiet, reklamówa z dobrami konsumpcyjnymi w drugą i ruszam w drogę.

Przejście przez pierwsze kępy wikliny i stada komarów nie znających słowa "litość" zajmuje mi jakieś dwadzieścia minut. Odnieśliście kiedyś wrażenie że czas zachowuje się zupełnie niezgodnie z Waszymi oczekiwaniami? Że mile spędzone chwile znikają w tempie stanowczo zbyt szybkim, podczas gdy wtedy kiedy najmniej powinien, czas jakoś podejrzanie zwalnia i napawa się widokiem nieszczęśliwego człowieka? Wracając do tematu, te "dwadzieścia" minut wycisnęło ze mnie chyba ostatnią kroplę wody. Komary nie robiąc sobie nic z wszelakiej maści repelentów tną w najlepsze, a ja mając zajęte ręce nie mogę się od nich opędzić. Ostatnie sto metrów i będę na miejscu...
I dopiero tutaj zaczęły się schody. Tajna ścieżka którą spacerowała tylko zwierzyna już nie istnieje. Stoję więc i patrzę z rezygnacją w oczach na zwartą ścianę pokrzyw, chmielu i barszczu Sosnowskiego. Komary niedługo jednak zmuszają mnie do podjęcia dalszej wędrówki.
Na usta cisną się słowa których przytaczał lepiej nie będę. Ogólnie rzecz biorąc, zgroza. Poparzony pokrzywami, pogryziony przez komary i z zadrapaniami jak po walce ze stadem wściekłych kotów, przebijam się przez ostatnie metry "ścieżki zdrowia". Jeśli to prawda co mówi się o pokrzywach i reumatyzmie, mogę być stanowczo spokojny o swoje zdrowie na stare lata.

Wychodzę z naturalnych zasieków i staję jak wryty – po starorzeczu nie został nawet ślad. Wszystko elegancko zasypane, wyrównane, a nawet posiane jakąś trawą – wydaje mi się że chyba pomyliłem lokalizacje i dotarłem na miejsce hodowli murawy na Euro 2012. Rozglądam się z konsternacją po drzewach – topole niby te same, jeden zabłąkany jesion – trafiłem więc dobrze. Nie dobrze – w dobre miejsce, w to, do którego chciałem dojść. Jednak po co? Poobserwować sobie życie robaczków i posłuchać co w trawie piszczy? Wrażliwcem nie jestem, ale ten widok uderzył mnie niczym rozpędzona ciężarówka. Kto, po co, kiedy, co komu szkodziło...? Chodzę po łące i widzę co się stało, gdzieniegdzie w trawie walają się jeszcze jakieś zasuszone rybie szczątki... Widocznie po prostu zwieźli i zrzucili tu ziemię pozostałą po remoncie wałów.

Siadam na jakimś ocalałym pniaczku i zapalam papierosa nie dowierzając własnym oczom.
Z rezygnacją zbieram sprzęt i udaję się do domu wracając myślą do czasów, kiedy zamiast poletka było tu rewelacyjne i spokojne łowisko. Wspomnienia młodzieńczych lat zrównano z ziemią...

Tego, co pomyślałem o tych którzy na to pozwolili, i tych którzy to zrobili nie powiem, w każdym bądź razie domyśleć się tego nie będzie ciężko. Kolejne świetne łowisko trafiło pod but "pomysłowych" ludzi... Niech powie mi ktoś, czemu nie szanujemy tego co dostajemy, i co jest niejako częścią Nas samych? Czy nie możemy iść za przykładem krajów zachodnich, które zamiast prostować rzeki i karczować brzegi tworzą meandry i obsadzają nadbrzeżne tereny rzek? Starają się je renaturyzować zamiast próbować narzucać im własną wolę. Wiem, iż być może uznacie że na próżno wylewam żale i że nic to nie zmieni. Nie o to chodzi, liczę, że może ktoś po prostu wyjaśni mi czemu Nasz kraj nie chroni tego co tak na prawdę ma cenne i piękne? Dzikie i urokliwe tereny cały czas nikną ustępując miejsca chorym rojeniom jakichś "mędrców" uważających że dobry kraj powinien składać się wyłącznie z cementu, stali i asfaltu...

Osobiście uważam że ta sytuacja jest chora.
Proszę, piszcie, co uważacie i czy w Waszych okolicach mają miejsce podobne sytuacje...
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama