Styczniowy spinning „spod lodu”
Podczas ostatniej spinningowej wyprawy w starym roku, okonie pokazały mi, że są zdecydowanie cwańsze ode mnie. Objawiało się to tym, że około południa, urzędowały bezlitośnie na drobnicy zagonionej w małej zatoczce pod sam brzeg. Co chwilę w różnych miejscach następował atak, po którym drobnica wyskakiwała
w popłochu nad powierzchnię wody, a i sami pasiaści rozbójnicy, niejednokrotnie pokazywali w wyskoku swoje pięknie ubarwione boki. No cóż, tym razem okonie miały moje przynęty w głębokim poważaniu i omijały je najwyraźniej szerokim łukiem.
Myśl o okazałych okoniach i chęć „zemsty” oraz niepewna prognoza pogody przeważyły, że zdecydowałem odpuścić sobie uprzednio planowany wyjazd nad rzekę, na korzyść kolejnego wypadu nad jezioro.
Po dotarciu na stanicę okazało się, że nie nad wodą nie ma żywej duszy. Jedynie sikorki i czyże raźnie uwijały się pośród drzew, żerując intensywnie na wypadających nasionkach nadbrzeżnej olszy czarnej. Z dala spoza olszynowego zagajnika dochodziło gęganie przelatujących gęsi. Niespodziewanie po porannym deszczu, który nastraszył mnie jeszcze przed świtem około szóstej rano, z początku nieśmiało z każdą następną minutą coraz mocniej, poprzez konary drzew zaczęło przebijać się słoneczko. Zerknąłem na wodę. Przy bezwietrznej pogodzie jezioro ze spokojną taflą przypominało nieskazitelne lustro. O to mi właśnie chodziło. Warunki do wędkowania wręcz wymarzone.
Szybko zmontowałem dwa okoniowe zestawy. Uzbroiłem jedno wędzisko
w kołowrotek z cieniutką plecionką, głównie pod kątem wędkowania małymi okoniowymi kogutami. Drugie wędzisko wkejankę, wyposażyłem w kołowrotek z nawiniętą czerwono-fluorescencyjną żyłeczką. Tym zestawem pobawimy się z woblerkami i małymi wirówkami. Założyłem torbę spinningową przez plecy i trzymając w jednym ręku wędziska, w drugim wiosła, praktycznie zbiegłem na pomost, przy który zakotwiczony był katamaran. Już po postawieniu jednej nogi na pokładzie łodzi usłyszałem niepokojący odgłos. Co u licha? W tym samy momencie uważniej spojrzałem na jezioro i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że spokojna tafla wody okazała się być po prostu cienką pokrywą lodu, zamaskowanego miejscami warstewką wody. No to sobie popływaliśmy, zamruczałem sobie pod nosem. Kilku milimetrowa warstwa lodu zdecydowanie uniemożliwiła wyjście na wodę. Zresztą i tak byłoby to niemożliwe, gdyż jak się okazało, wolnym od brzegu był tylko nasłoneczniony północny brzeg jeziora. Do wędkowania pozostał dosłownie kilkunastometrowy pas wody, zdradzany drobną falką.
Wgramoliłem się niechętnie z powrotem na skarpę, odstawiłem wiosła i postanowiłem, że trzeba się przespacerować wzdłuż jeziora i sprawdzić, czy w ogóle da się z drugiej strony powędkować.
Zanim dotarłem na drugi brzeg słonko zaczęło mocniej przygrzewać. Ogrzana tafla lodu zaczęła parować i nad samą powierzchnią lodu pojawiły się białe obłoczki mgły. Wiaterek dmuchnął i obłoczek dosłownie śliznął się o kilkanaście metrów po lodzie, raz w jedną raz w drugą stronę, niby łyżwiarz figurowy kręcący piruety na tafli lodowiska. Usiadłem na ławce jednego z pierwszych pomostów i jakby zaczarowany wpatrywałem się w harce mglistego tancerza. Przyjemnie było wystawić buzię do słońca, które muskało swoimi promieniami lodową taflę jeziora, dając jednocześnie przyjemne ciepło.
Ocknąłem się po kilkunastu minutach i stwierdziłem, że w końcu pora spróbować spinningu. Warunki w stosunku do ubiegłorocznego wypadu zmieniły się na tyle, że po drobnicy ściągającej liczne okonie nie było ani śladu. Zacząłem obławiać miejsca przy granicy lodu i otwartej wody. Po krótkiej chwili doszedłem do wprawy i udawało mi się celnie podawać przynętę pod samą taflę lodową. Niekiedy w takich miejscach gromadzi się jeszcze drobnica, więc może będzie szansa na skuszenie okonia do ataku.
Po wielu próbach rzutów kogutami i wirówkami, postanowiłem spróbować szczęścia z Soft 4 Play, uprzednio dociążonym taśmą ołowianą. Przynętę mogłem posyłać bez problemu na znacznie większą odległość jak dotychczas. Samo schodzenie przynęty do dna także było znacznie szybsze. Cel dociążenia został więc osiągnięty. Kolorowa żyłka daje się dobrze obserwować w promieniach słońca. Ruchami szczytówki wyklejanki staram się nadać przynęcie ruch rybki, poruszającej się skokami nad pasem wyściełającego w tym miejscu dno wywłócznika.
W pewnym momencie po podniesieniu wędziska spojrzałem po słońce, które oślepiło mnie na tyle, że nie widzę żyłki. Spojrzałem więc na położenie szczytówki wyklejanki. Nagle następuje mocniejsze przygięcie szczytówki i dosłownie w ułamku sekundy na dolniku wędki czuję charakterystyczne pojedyncze „PUK”. Zacinam i szybko podczas dynamicznego holu oceniam obserwując mocno wygięte wędzisko, że jak na okonia będzie to piękna sztuka. Po kilkunastu sekundach zdobycz jest pod powierzchnią i silnie młynkuje. Po wysmukłym kształcie wygląda mi to jednak na szczupaka. Kolejny młynek i niestety ryba delikatnie zapięta schodzi z zestawu. Dobrze, że szczupaczek sam się uwolnił. Uniknęliśmy dzięki temu niepotrzebnego problemu.
Zmiana pomostów i zmiana przynęt nie przynosi już więcej kolejnych brań. Minęło południe. Lekka falka nanosi wodę na taflę lodu i coraz trudniej rozpoznać jego faktyczną granicę. Skutkuje to tym, że niechcący kilka razy posyłam przynętę zbyt daleko i kotwiczka wbija się w miękką masę. Samodzielnie już nie da się ściągnąć przynęty. Posłużyć się trzeba wykonując rzuty suchymi konarami olszyny, która podając w rejonie przynęty kruszy cienki jeszcze i słaby lód.
Lekko znużony spacerem po pomostach w końcu stwierdzam, że spinningu spod lodu na dzisiaj wystarczy. Wyprawa zaliczona, co prawda z jednym pobiciem, ale zawsze coś. Pora pożegnać się z jeziorem i wracać do domu.
Czy za tydzień lub dwa pogoda pozwoli faktycznie powędkować spod lodu?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze