Wybraliśmy się nad rzekę całą paczką, dwa pokolenia, ojciec z dwoma kumplami i ja z trzema swoimi towarzyszami. Postanowiliśmy zrobić sobie trzydniowy biwak. Wzięliśmy dwa namioty, prowiant i dużo picia, gdyż był to upalny sierpień, w nocy temperatura powietrza oscylowała w granicy 20 C, a w dzień było około 30 C cieniu. Rozbiliśmy biwak pod wielkim dębem, który dawał` nam dużą ilość cienia i do roboty, wędki do wody i czekanie na brania.
Brań dużo nie było, rzeka za bardzo się nagrzała, wiec czekaliśmy do nocy, może po zapadnięciu zmroku coś się ruszy. W namiocie weteranów wędkarskich zaczęło robić się coraz weselej, brak brań rekompensowali sobie czymś bardziej mocniejszym, ale gdy zaczęło się ściemniać wszyscy wzięli się do roboty. Zmiana robaków na cięższy kaliber ,żywczyki i rosówki, za żywce robiły małe kiełbiki. Na szczytówki pozakładaliśmy dzwoneczki i czekaliśmy na współprace ryb.
A ryby jakby się zmówiły, cala rzeka zaczęła żyć, wszędzie słychać było spławy potężnych ryb, podejrzewaliśmy, ze sumów. Złowiliśmy kilka świnek, węgorzy, kolega pięknego, trzykilowego sazana, ale wszystkich przebił kolega ojca, najwyższy i najambitniejszy z całej grupy. Co prawda, był już pod wpływem, ale gdy dzwonek na jego wędce zaczął dzwonić jak oszalały, wystartował z namiotu jak sprinter. Chwycił za wędzisko i zaciął, cóż to było za zacięcie, chyba wędką zabił z kilka komarów w locie, wędka wygięta do granic wytrzymałości, a on, zamiast kręcić kołowrotkiem, powędrował z ciągniętą rybą do najbliższego drzewa. Chwycił się jedna ręka za drzewo, drugą trzymał wędzisko ,rzeki w ciemnościach już nie widział. Drze się w niebogłosy, żeby mu pomoc wyciągnąć wielkiego suma.
Wszyscy wypadli z namiotów, zaczęło trochę padać, dlatego schowaliśmy się w namiotach, z chęcią niesienia pomocy wrzeszczącemu towarzyszowi łowów. Ujrzeliśmy widok tak zabawny, ze nie dane było nam walczyć z rybą, tylko z trzęsącymi się brzuchami ze śmiechu. Kumpel ojca trzymający się za drzewo nie widział, że wyciągnął kajak z parą młodych ludzi, wystraszonych i nie wiedzących co się dzieje. My nie wiedzieliśmy co robić, pomagać ciskającemu gromy pod naszym adresem wędkarzowi, czy nieszczęsnym kajakarzom płynącym po trawie ,w stronę lasu .
Gdy sytuacja się wyjaśniła, wszyscy włącznie z wodniakami pośmialiśmy się i wróciliśmy do łowienia, kajakarze odpłynęli, chyba stracili ochotę na baraszkowanie w kajaku, a trochę obrażony niedoszły łowca rekordowego suma poszedł spać. Na Drawę jeździłem jeszcze kilka lat, potem rzeką zajęli się melioranci, ryby jakby wymiotło z wody, a ja zacząłem szukać innego łowiska.
Komentarze