Już trzy tygodnie podchodzę cwanego gada - okazowego klenia. Miałem już jedno wyjście i dwa pobicia: raz na woblera, na przelewie i raz na miniobrotóweczkę postawioną na końcu warkocza. Oj, przygiął mi wtedy wysłużonego Jaxona Legend cw 5 - 20g, że aż mi się berecik uniósł z wrażenia. Niestety, nie dociąłem cwaniaczka i ... dałem mu parę dni wolnego. Wczoraj znowu wybrałem się na swoje kleniowe podchody. Śmiesznie muszę wyglądać, jak skradam się na czterech kończynach po kamieniach, pośród rzadkich kęp trawy, by w końcu usiąść w połowie ostrogi, na płaskim kamieniu.
Podkładam sobie pod dupala sprasowany kanisterek po płynie do spryskiwaczy, którym obdarowała mnie troskliwa rzeka. Przynajmniej wilka nie dostanę. Siedzę tak nieruchomo 30 - 40 minut i jak szachista oczekuję na ruch zacnego przeciwnika. Jak już się pojawi na naszym, swoistym ringu, wtedy ja zaczynam swoje kombinacje. Nie wiedziałem nawet, że jestem taki przebiegły i nie mam pojęcia skąd u mnie tyle cierpliwości, żeby siedzieć tam godzinami i co parę rzutów grzebać w pudełkach z biżuterią, a potem zmieniać i częstować przebieglaczka różnymi smakołykami. Posiedzę tak sobie od szesnastej do zmierzchu, aż mi tyłek zdrętwieje, a komary napiją się do syta i wracam do domu. Przychodzę następnego dnia i zaczynamy naszą rozgrywkę od początku. Przynoszę ze sobą świeże pomysły i myślę, że czasami są one niezbyt poważne ... Nie, nie petardy! Takie tam, różne myki - zmyłki.
Wczoraj poszedłem po kilkudniowej przerwie i miałem w planach tylko zimorodkowe obserwacje z kamienia, bo resztę czasu miałem poświęcić na odszukanie "złotodajnej rynny", o której nasłuchałem się od "Łysego Węża". Zapomniałem niestety spakować kołowrotek z plecionką, za pomocą którego miałem prowadzić badania, poszedłem więc wzdłuż brzegu, aby porzucać sobie "z partyzanta", bo wysoki stan wody nie pozwalał mi na dojście do znanych miejscówek.
Właśnie urwałem wysłużonego kilera i dowiązałem brzydala, którego chciałem się pozbyć, kiedy zobaczyłem atak drapieżnika w zasięgu rzutu. Puściłem więc w to miejsce woblera i za chwilę nastąpił widowiskowy atak. Pokotłowało trochę pod zwisającymi trawami, pograło trochę na hamulcu i dało się holować. Nie był to jakiś tam wybitnie emocjonujący hol, więc do końca miałem podejrzenia, że to jakiś podstęp, a w dodatku trzynasty... Nie obiecując sobie zbyt wiele po żyłce szesnastce, chciałem przynajmniej zobaczyć, co za gadzina się na tego brzydala uczepiła. Chodził początkowo jak szczupak, potem zobaczyłem kawałek płetwy z daleka i pomyślałem, że sandacz, aż w końcu wyholowałem pięknego bolenia.
Tego samego bolenia, po którego zacząłem przychodzić tu trzy tygodnie temu, jak pozazdrościłem Kamilowi okazu, na który "wziął się i uparł". Wtedy właśnie postanowiłem, że i ja złapię dużą rapę i nie będę wcale jeździł nad Bug, ale zrobię to tu, na Wiśle, w Warszawie. Zanim dotarło do mnie, że to nie pożółkły ze starości boleń, a dorodne klenisko wyszło mi wtedy za woblerem, polowałem właśnie na takiego cwaniaczka. Ale, że klenio namieszał, zmieniłem więc całą strategię i zaczęły się nasze podchody. Ot i cała historia. Przyłów, nie przyłów, ale tę sprawę mam już z głowy.
Muszę teraz znaleźć tę rynnę, złapać pierwszą w życiu brzanę, no i dokończyć kleniową rozgrywkę. Czasu mam nie za dużo, bo jak "Łysy Wąż" będzie miał wolne, to przyjdzie i nas pogodzi, a tego bym nie chciał. Zresztą, ma już przecież gadzisko medalowego na koncie. Jak mawiają Indianie: żyjesz sam, więc daj żyć innym! Niech idzie na te swoje sumy, to po nocce będzie zbyt zmęczony, aby przyjść i dobrać się do mojego klenia.
Rybka pomknęła oczywiście w bardzo dobrej kondycji, aby straszyć zasypiających grunciarzy...
Komentarze