Reklama

Szczupak - moje prywatne szaleństwo

16/12/2015 02:53

Witam wszystkich ! ;)

W gruncie rzeczy jest to pierwszy mój artykuł i w zasadzie będzie to też historia mojego spinningowania. Przygodę z kijem w ręku na dobrą sprawę zacząłem w okolicach 2010 roku, były to pierwsze wypady z dobrym wędkarskim kumplem a to nad rzekę(Drawa) za jakimś drapieżcą a to nad okoliczne mniejsze i większe jeziorka. Wszystko zaczęło się od trochę prehistorycznego zestawu(kij i kołowrotek Daiwa, połowa lat 90-tych) i różnorakich przywieszek - gumki, wahadła, obrotówki, woblery. Z początku efekty nie zachwycały, głównie na gumki około wymiarowe szczupłe i masa drobniejszych okonków. Pierwsza wniosek do którego doszedłem to odległość rzutu. Zacząłem eksperymenty z z cięższymi gumkami(niestety w rodzimym miasteczku trudno dostępne), blaszkami, woblerami. Potem nadeszło poszukiwanie rozsądnej linki(zaczynałem od chińskiej podróbki PowerPro którą to zajechałem po jakiś 2 miesiącach :D ). Udało mi się również nabyć rozsądny kij(Dragon Express 10-30 gram) który w końcu połączyłem z plecionką PowerPro 0.19 mm, troszkę grubas ale przy używanych przeze mnie wahadłach w granicach 30 gram spisywało się to fajnie, zestaw uzupełniał młynek Kongera(nie pamiętam dokładnej nazwy ale wtedy to było cudo z aluminiową szpulą !!! :D ). Znalazłem również swoje ukochane choć dość trudne łowisko - dość płytkie i mocno zarośnięte stawy należące do PZW. Ach... cóż to były za piękne czasy, wtedy też padł mój prywatny rekord, na jakieś 4-5 godzin łowienia blisko 30 szczupaków od 30 do 70 centymetrów, z czego wszystko wróciło do wody. Gdy już młodzieńczy maniakalny zapał trochę przygasł zacząłem kombinować jak by się tu dobrać do większych \\\"mamusiek\\\". Było kilka spadów, prawie że uronionych łez.

Drugi etap wędkarskiej pasji przyszedł przy wyjeździe do Norwegii, wędka oczywiście pojechała ze mną. W pobliżu miejsca zamieszkania miałem niezbyt duże jeziorko z cudowną idealną do brodzenia zatoczką. Po raz kolejny trafiłem na niemal \\\"eldorado\\\", znowu kompletny wysyp szczupaczych podlotków(największy 70 centymetrów z groszem). Nadeszła też pora na ulepszenie sprzętu - pierwszy kij dostał porządnego Spro Red Arc 10400, którego uwielbiam do dzisiaj. Jednak wciąż było mi mało, więc po przekopaniu różniastych forum w internecie wybór padł na kijek Dragon Guide Select Tiger 10-35 gram, dopełniony młynkiem Penn Battle 3000. Powyższy zestaw dał mi dokładnie to czego oczekuję - rzuty w granicach 60-70 metrów z brzegu i kupę frajdy i z samych rzutów i z holu ryb. Zacząłem również wtedy bawić się w jerkowanie które przyniosło mnóstwo świetnych efektów, chociaż sentyment do starych blaszek pozostał.

Koniec końców obecny kończący się sezon jesienny wynagrodził mi wszystko, masę pourywanych przynęt, kilometry robione często przez zarośla, tysiące oddanych rzutów. Ukochane stawy w Polsce przyniosły mi na koniec tego sezonu piękną na oko osiemdziesiątkę piątkę i długo wyczekiwaną życiówkę 91 centymetrów - pierwszy padł co ciekawe na starą prawdopodobnie radziecką blachę(jak nasz Mors 3, tyle że szersza i ważącą blisko 40 gram), zaś rekord padł na 7 centymetrowego jerka. Sentyment mam do dziś do blaszek (przypadkiem trafione karlinki), duże obrotówki w rozmiarach od 4-6 i woblery z uwielbieniem jerków.

Na zakończenie dodam że owa życiówka tylko podniosła mi ciśnienie związane z oczekiwaniem na maj oraz długie godziny spędzone nad wodą, niezależnie od pogody. Mam nadzieję że pierwszy artykuł będzie w miarę udany. Póki co jeszcze może się uda zaliczyć jakiś wyjazd nad wodę. Wszystkim życzę cierpliwości i przysłowiowego połamania kija ;)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama