Witajcie . Ostatnio mając wolny dzień wybrałem się na rybki nad zbiornik w Uzarzewie /koło Swarzędza. Nastawiłem się na płotki , ukleje i po cichu liczyłem na wiosennego leszczyka. Byłem przygotowany na każdą rybę ale nie na to co mnie po ok 3 godzinach czeka. Zanęciłem małymi kulkami zanęty . Po ok 10 min zaczęło się eldorado nad wodą. Ukleje brały jak głupie nagle po mojej lewej stronie na stanowisku obok ( jakieś 50 m) bach coś goniło rybki. Nie przeczuwałem co mnie czeka. Kaczki uciekły na drugą stronę jeziora. Co jakiś czas ktoś z "tutejszych" przychodził zapytać mnie jak mi idzie , co złowiłem itp ale do rzeczy. Po ok 2,30/h brania ustały. coś goniło po moim stanowisku. No to spining w dłoń i jazda z tym. po ok 20 min bezsensownego wędkowania chwyciłem bata (4m) , zanęciłem i łowię sobie dalej. Drobnica przestała brać ale podchodziły większe płotki. Ku mojemu zdziwieniu coś strzeliło. Zacinam i krzyczę do brata "młody podbierak". Wędka delikatna a to coś szarpie jak oszalałe i ciągnie w jezioro. Praktycznie wyszarpnąłem tego potwora z wody... Jak się potem okazało był to szczupaczek (37cm). Myślę sobie co za pech. Nie dość że nie wymiarowy to okres ochronny. No cóż kilka fotek na pamiątkę i mały trafił do wody. Zdumiewające jest to że strzelił na pęk białych i to 3m od brzegu.
Komentarze