Sandacz, czy boleń, a może….?
Harce boleni, które mogłem obserwować podczas ostatnich wypadów nad Wartę, dosłownie wprowadziły mnie w pewnego rodzaju wędkarski amok. Dokupiłem w ulubionym, Swarzędzkim Centrum Wędkarskim kilka boleniowych woblerków, przewinąłem szpule kołowrotków i nawet zasypiając śniłem o potężnych i walecznych boleniach. Miałem wielką ochotę przetestować na nich spinningowego Jaxona Splendit RD 300, z żółtą plecionką. Krótko mówiąc totalna „szajba”. Popołudniówki nie wchodziły jak na razie w rachubę, więc postanowiłem wyskoczyć na rzekę raniutko przed pracą.
Z ostatniego wypadu zapamiętałem, że około 4.30 już dnieje, więc nastawiłem budzik na 3.45. i po lekkim śniadanku już o 4.15 wyruszyłem nad rzekę. Mając na uwadze, że uzbrojenie wędziska prawie w półmroku, ze względu m.in. na okulary, nie wchodzi w rachubę, czynność tą wykonałem jeszcze w przed dzień po południu. Złożyłem dwa spinningi, podpiąłem kołowrotki, przewlekłem plecionkę przez przelotki i dowiązałem agrafki. Tak złożony sprzęt zamontowałem do samochodu po skosie, dolnikami od złożonego prawego przedniego siedzenia, szczytówkami wędzisk ku tyłowi.
Po dotarciu na łowisko moim oczom ukazał się bajeczny widok Warty spowitej we mgle. Pod brzegami mgła rozpościerała się na tafli wody, natomiast miejscami, pośrodku rzeki tworzyły się jakby mgliste kominy. Dokoła świeża zieleń drzew i traw nasączonych sierpniową poranną rosą i na dokładkę ten niesamowity zapach rzeki. Po prostu bajka.
Po ostatnich silnych opadach, sytuacja na rzece mocno się zmieniła. Zalane w tym rejonie krótkie bony rozmyły dotychczasowy obraz warkoczy. Nasiliły się prądy wsteczne pod brzegami, a co najgorsze, nad wodą zapanowała totalna cisza, jakby wymiotło z koryta rzeki wszystkie ryby. Ani śladu uderzeń boleni, ani kleni, a nawet wszędobylskiej drobnicy, która wręcz uwielbiała baraszkować przy piaszczystych, przybrzeżnych łachach.
Jeszcze planując wypad obiecałem sobie, że sprawdzę o poranku pewne miejsce z potężnymi wirami, w którym przypuszczałem znaleźć głębszą wodę i być może sandacza czy szczupak. W przeciągu dosłownie pół godziny wędkowaniu na koguta odczułem to boleśnie. Wędkowanie w nowym miejscu skutkowało bowiem pozostawieniem trzech, niepowtarzalnych kogutów na podwodnych zawadach. Po założeniu czwartej kogutowej przynęty powiedziałem sobie, dosyć…. . To znaczy dosyć zrywania i postanowiłem przenieść się na sąsiednią bonę pod prąd, z zamiarem sprawdzenie obiecującej rynny. Zatrzymałem się na początku bony, starając się odczytać zmiany spowodowany zwiększonym poziomem wody. Niedawno zatopiona bona tworzyła u podstawy szeroki i mocno pomarszczony warkocz, przechodzący dość ostro na godzinę drugą, w kierunku głównego nurtu w silne wiry. Na szczycie, miejscami wystawały jeszcze z nad powierzchni wody źdźbła traw. W miejscu jak wsteczny prąd z klatki, okalający ławicę dochodził do podstawy warkocza, brzeg był podmyty i dość stromy, na dodatek porośnięty wysoką trawą. Trawa była na tle wysoka, że uniemożliwiała bezpośrednią obserwację lustra wody. Postanowiłem więc wykorzystać te naturalne właściwości maskujące i cichutko za trawami zająłem stanowisko. Taktyka rzutów była stosunkowo prosta. Mam za zadanie posyłać koguta poza rejon warkocza, a następnie sprowadzać go jak najbliżej ostrogi pod Głęboczek osłonięty trawami. W końcowej fazie prowadzenia przynęty starałem się prowadzić ją trochę wyżej, ze względu na przybrzeżne kamienie. Czarty, czy też piąty rzut i ponawiam pukanie kogutem o dno. Jest już na tyle jasno, że mogę dokładnie obserwować położenie żółtej plecionki nad wodą, a dotknięcie dna idealnie sygnalizuje ciężka główka. Widząc, że doprowadziłem przynętę prawie do podstawy główki lekko ją podnoszę wprowadzając w rynnę o wstecznym prądzie. W momencie jak już zamierzałem wyprowadzić przynętę nad powierzchnię dolnik wędziska uderza mnie w biodro. Wygięty w pałąk Mikado Sensual pro Spin, któremu towarzyszy jazgot wyciągane ze szpuli kołowrotka plecionki mówi sam za siebie. Ryba uderzyła prawie pod nogami. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony tym zdarzeniem. Czy ryba, której taki opór postawiła dziwna przynęta, czy ja nie spodziewający się w tym miejscu ataku drapieżnika. Sandacz, tu..? Niemożliwe…! Wystarczyła dosłownie chwila holu aby z niezbyt głębokiej rynny wyłoniła się paszcza S Z U P A K A. Szczupak na koguta. Tylko nie to, proszę. Przecież szczupaczysko zaraz przetnie cieniutką plecionkę i czwarty kogut zostanie w Warcie. Na szczęście, w tym cały nieszczęściu główka koguta wystawała poza pysk drapieżnika, a wbudowana w koguta kotwiczka dawała szansę na pewny hol. Taki to sposobem sześćdziesiątka bez centymetra połakomiła się na koguta produkcji Kolegi Sandacz.
Jeszcze dobrą godzinę próbowałem skusić planowanych głównych bohaterów wyprawy, ale woda nie odpowiadała. Jedynie prowadzona przynęta pod sam brzegiem wypłaszała szukającą schronienia drobnicę. W dniu dzisiejszym nie pracowała nawet boleniowa opaska na przeciwległym brzegu. Wierzę, że jutro będzie lepiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze