Reklama

Szczupak z mojej pamięci

21/06/2011 01:57
Wielu z Was pamięta te piękne czasy, gdy w sklepach sprzętu było jak na receptę, a ryby w jeziorach i rzekach nie były przetrzebione w wyniku kiepskiej polityki nieudolnego PZW. Dziś podczas porządkowania sprzętu przed wyjazdem na dłuższy pobyt w okolicach moich ulubionych łowisk z dzieciństwa, wzięło mnie na wspominki. Fajne to były czasy. Wiedzę o wędkarstwie można było czerpać tylko od starszych wędkarzy, którzy akurat zgodzili się coś "gówniarzowi" opowiedzieć, a do wielu wniosków trzeba było dojść samemu poprzez obserwację przyrody.

Gdy porządkowałem moje spiningowe przynęty, przed oczami stanął mi obraz pierwszego szczupaka, jakiego udało mi się złowić. Byłem wtedy młodziutkim zapaleńcem i szczęśliwym posiadaczem super wypasionej wędki (z kołowrotkiem!), nabytej na typowym w tych czasach bazarze. Ależ byłem szczęśliwy :). Ten czerwony teleskop o długości około 2,40m (taki obraz mam w pamięci) z żyłką niewiadomego pochodzenia i wątpliwej wytrzymałości, był szczytem marzeń.

Podsłuchałem któregoś razu rozmowę "starszyzny", która rozprawiała o połowach szczupaka metodą "na żywca". Opowieść mnie bardzo zafascynowała, bo o ile doskonale wiedziałem gdzie na moich miejscówkach stoją szczupaki, to nigdy nie wiedziałem, jak je złowić. Zawsze lubiłem brodzić z wędką w poszukiwaniu łowionych wówczas małych leszczyków, całkiem okazałych krąpi i płoci, okoni oraz wzdręg. Wielokrotnie spotykałem uciekające "torpedy" zwykle z tych samych stanowisk. Nie miałem śmiałości pytać starszyzny o szczegóły, ale wychwyciłem z rozmowy, że potrzebny jest stalowy przypon i kotwiczka do uzbrojenia żywca, a w momencie brania trzeba odczekać jakiś dłuższy czas, aż szczupak połknie rybkę. Oczywiście nie padło to dosłownie, ale wywnioskowałem to z przebiegu rozmowy i niczego tak do końca nie byłem pewien. Postanowiłem jednak spróbować.

Podczas kolejnej wyprawy na ryby z tatą, siedzieliśmy tradycyjnie na jakiejś kładce i łowiliśmy standardowy zestaw białej ryby. W pewnym momencie oświadczyłem, że idę na swoją miejscówkę złowić szczupaka. Ojciec tylko się uśmiechnął pod nosem, a ja twardo poszedłem na upatrzone wcześniej miejsce. Mój zestaw składał się z opisanego wcześniej teleskopu i kołowrotka, na żyłce miałem przywiązany stalowy przypon (taki zielony, po "89 roku często spotykany w sklepach) i kotwiczkę, której rozmiaru nie pamiętam. Gdy dotarłem na swoją plażę, musiałem zdobyć żywca. W niecałą minutę złowiłem go przy trzcinie, nakładając na jeden z grotów kotwiczki małą kuleczkę ciasta :). Wyobrażacie sobie? Łowienie malutkich, 10cm płoteczek na kotwicę? :) Po złowieniu żywca, zahaczyłem tylko kotwiczkę pod płetwą grzbietową i zarzuciłem zestaw w miejsce, gdzie zawsze stały 2 lub 3 szczupaki.

Branie nastąpiło w momencie, gdy tylko moja rybka wpadła do wody! Byłem tak podjarany, że pamiętam to do dziś, a minęło już ze dwadzieścia lat od tego wydarzenia. Nie wiedziałem ile mam czekać do zacięcia, otworzyłem tylko kabłąk kołowrotka i przebierałem nogami w płytkiej wodzie. Po jakimś czasie uznałem, że pora już zacinać, zamknąłem kabłąk kołowrotka, napiąłem delikatnie żyłkę i zaciąłem. Oczywiście nie było mowy o niczym takim jak hamulec w kołowrotku. W tym momencie szczupaczek zrobił zwrot i mój ukochany teleskop złamał się na drugim od szczytówki składzie. Nie zastanawiając się specjalnie nad tym, co dzieje się z wędką, próbowałem siłowo holować szczupaka do siebie, bo przecież to SZCZUPAK siedzi na haczyku i nic innego się nie liczy! A szczupaczek nie chciał współpracować i zrobił kolejny zwrot, łamiąc wędkę mniej więcej w połowie pozostałej części. O dziwo tym połamanym badylem jakimś cudem dociągnąłem rybę do siebie i ślizgiem wyciągnąłem na plażę.

Przez kilka chwil byłem taki oszołomiony, że tylko siedziałem i patrzyłem się na swoją zdobycz. Był to doskonale ubarwiony szczupaczek o długości około 50cm (wtedy nikt ze sobą miarki na ryby nie zabierał, a długość "na oko" określił mój tata). Ależ byłem dumny! Nie zastanawiając się wiele, odhaczyłem rybę i pobiegłem z nią pochwalić się tacie. Wiem wiem, teraz wypuszczam 90% złowionych ryb i staram się maksymalnie ograniczyć ich cierpienia, ale tamta sytuacja była zupełnie inna, bo to był mój pierwszy SZCZUPAK! Tata oczywiście nie mógł wyjść z podziwu i wszystko musiałem mu dokładnie opowiedzieć. Na szczęście tata kupił mi nową wędkę, fakt, że jakościowo była bardzo zbliżona do poprzedniej, ale już żaden szczupak nie dał rady jej połamać :). Do tej pory gdzieś zalega na strychu.

Ależ to był super widok, gdy brodząc w płytkiej wodzie, w moim ulubionym przesmyku między trzcinami, widziało się stojące co kilka metrów szczupaki. A ileż okoni można było na robaczka wyłowić z jednego takiego miejsca :). Ech, aż się łezka w oku kręci.

Dobra, koniec smęcenia, za dwa dni stanę dokładnie w tym samym miejscu, gdzie złowiłem tego pamiętnego szczupaczka. Ależ będzie fajnie :)
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama