Reklama

Szczupak zamiast okonia - czyli relaks przy lekkim sprzęcie

20/02/2015 12:41

Już kilka dni wcześniej wiedziałem, że będę miał środę wolną. Pozostało tylko obmyślić plan działania, a właściwie, gdzie by tu uderzyć na rybki. W grę wchodziła Parsęta, czyli kolejne trociowe łowy, a także jezioro i okonie. Zima nie była mroźna, dodatkowo ostatnie dni były w miarę ciepłe, a i w nocy temperatura nie spadała poniżej zera. Nad Parsętę wybiorę się pierwszego marca, kiedy to organizowane są duże zawody trociowe, więc postanowiłem pobawić się czymś lżejszym. Okonie! Dawno już nie łowiłem czymś lżejszym, moja okoniówka wydawała się być niczym wykałaczka przy trociowym wędzisku, a kołowrotek serii 1000 wyglądał jak mała zabaweczka przy stojącym obok kręciole serii 4000. Żyłeczka 0,16 , małe gumeczki na lekkich główkach, paproszki i obrotówki 0,1,2, patrząc na to wszystko człowiek uśmiecha się pod nosem. Będzie ciekawie, pomyślałem.

Reklama

Herbata w termosie, kanapki w plecaku, sprzęt w bagażniku. Wszystko? Wszystko. Jadę!

Nie tak szybko, z żoną i dziećmi nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Oczywiście przed samym wyjazdem jest do zrobienia mnóstwo rzeczy, ale jak mus to mus. Z godzinnym opóźnieniem w końcu jadę, pełen optymizmu i głodu wędkowania. Po jakichś 30 minutach jestem już nad brzegiem jeziora. W tym momencie padło kilka nie cenzuralnych słów, bo zamiast pięknej wody, widzę cieniutką taflę lodu. Nie tracąc czasu udaję się nad kolejną miejscówkę, to samo. Jezioro, a właściwie zbiornik zaporowy ma przepływowy charakter, a w połączeniu w dodatnimi temperaturami, nie powinno być na nim lodu, a jednak jest!

Reklama

Do głowy przychodzi mi jeszcze jedna miejscówka, nie nadająca się zbytnio na spinning , bo płytka i zarośnięta, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Jadę.

Bingo! Miejscówka wita mnie piękną spokojną wodą. Szybkie uzbrojenie sprzętu i już zajmuję miejsce przy moście. Zaczynam od niewielkiej gumki na lekkiej główce i robię pierwszy rzut. Od razu zaczep, przynętę muszę prowadzić wyżej. Rzut za rzutem i po krótkiej chwili wiem, że moje łowisko ma około 1 metra głębokości. Postanawiam, skierować się w kierunki ujścia rzeczki. Po drodze obławiam kolejne miejscówki, ale ciągle jest zbyt płytko, aby coś pokombinować. Nie lubię łowić na takich płyciznach, a już szczególnie kiedy jest zimno. Przez tą godzinę straciłem przynętę, nic nie złapałem, a mój zapał został skutecznie przygaszony. W takich chwilach najlepiej jest się zatrzymać i napić herbaty. Tak też zrobiłem, usiadłem sobie spokojnie, nalałem gorącej herbaty i zacząłem myśleć. Kolejny raz herbata pomogła, postanowiłem udać się w kierunku otwartego jeziora, szukając głębszych miejscówek. 

Reklama

Swoje pierwsze rzuty wykonałem jakieś dwa kilometry dalej, ominąłem płycizny i miejsca pokryte lodem. W między czasie przezbroiłem sprzęt na boczny trok. Moja okonióweczka o cw. 5-15 gram daje radę przy bocznym, ale wolę jednak łowić nią z opadu. Normalnie do bocznego troka używam, uwaga, uwaga, PICKERA. Tak, pickera z drgającą szczytówką. Po latach mogę śmiało powiedzieć, że doskonale spisuje się w tej roli. Części wędkarzy może się to wydać dziwne, ale moim zdaniem liczy się skuteczność, a ta wędka spisuje się doskonale przy bocznym troku.

Niestety pomimo kombinowania z paproszkami, moje efekty dalej były mizerne. Powoli zbliżałem się do znanej mi miejscówki, którą w cieplejszych miesiącach obławiałem z łódki. Jest tam głębiej niż na poprzednich miejscówkach. Ponownie przezbroiłem sprzęt na gumkę z lekką główką i zacząłem obławiać z opadu. 

Reklama

W pewnym momencie jakieś 10 metrów od pomostu w miejscu gdzie znajdowała się przynęta, zobaczyłem błysk. Podszarpnąłem przynętę i pozwoliłem jej kolejny raz swobodnie opadać na napiętej żyłce. Woda była przejrzysta, przynęta wolno opadała i nagle z ciemnej toni wyskoczył niewielki szczupaczek. Widok przynęty znikającej w jego pysku przysporzył mi nieco adrenaliny i kupę radości. Walka nie trwała długo, bo w momencie ataku przynęta znajdowała się dwa, może trzy metry od pomostu. Chwilę później ten mały wariat był już na brzegu. Dodatkowo zacisnął pysk na ogonku mojej gumy i za nic nie chciał jej wypuścić. Odhaczanie nie trwało długo i ten mały bandyta szybko wrócił do wody. Niecałą godzinę później zakończyłem swoje łowy "okoniowe". 


Zapraszam na wideo relację z tego wypadu, link znajduje się poniżej.



Do zobaczenia nad wodą.

p.s. Guma na którą złowił się ten maluch ma 4 cm, obiektyw kamerki może zaburzyć percepcję niektórych osób, co sprawia, że wyciągają złe wnioski.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama