Reklama

Szczupły

27/03/2009 17:15
Razu pewnego na weekend majowy wybrałem się z małżonką na ryby, na stare wypróbowane miejsce. Po radosnym przywitaniu się z dzierżawcą, poklepaniu się po plecach (zrobieniu misia), „kupę czasu, postarzałeś się itp.” , rozbijamy namiot, woduję łódź a żona robi kawę. Następnie przygotowuję sprzęt na poranne wypłynięcie, kompletuje żywcówkę, uzbrajam bata. Później przychodzi kolej na „uzbrojenie łodzi” – przykręcenie uchwytów do wędek, mocowanie silnika, wioseł ( a jak się akumulator wyczerpie?).

Potem ognisko, po kieliszku gorzkiej żołądkowej – tradycyjny napój „ogniskowo – wędkarski” i spać. Rano wskakuje w ciuchy najciszej jak mogę żeby ślubnej nie budzić – ona lubi powędkować, ale w słoneczku, jak jest ciepło i co najmniej południe na zegarku. Parzę sobie kawę w kubek termiczny, jeszcze piwo w kieszeń i na łódź. Najpiękniejsza godzina, cicho tylko ptaki słychać, i te na drzewach i te na wodzie, w oddali klangor żurawi, swoje niekończące się kuku wtrąca kukułka. Woda jak lustro, tylko w przeciągach lekka zmarszczka i kółka od żerującej ryby. Wędkarzy mało, ledwie kilka łódek, które można policzyć na palcach jednej ręki. Płynę powolutku na swoją miejscówkę w grążele.

Dopiero zaczynają się wyłaniać z toni, z daleka jeszcze niewidoczne. Dno tam jest wymarzone: pnie zatopionych drzew na ekranie echosondy wyglądają jak wieże bajkowych zamczysk. Jeszcze przegłębienie – 4 m rów i ostry stok do góry – jestem na miejscu. Od jesieni nic się nie zmieniło, tylko kolor zieleni jest inny i ptaki bardziej ruchliwe i rozśpiewane. Tradycyjnie już na „kukułczym” drzewie siedzi kukułka i się wydziera. No, ale do pracy: kotwice do wody – ustawienie podręcznikowe, lekki przeciąg w plecy, słoneczko zaczyna grzać, najpierw żywcówka, karaś pomachał ogonkiem – zamach i do wody. Teraz bat, uwielbiam zabawę batem. Na łódce używam 6m Jazona, starcza w zupełności na płoć, która tu występuje w dużej ilości. Na haczyk kanapka – pinka i kukurydza.

Teraz jak zestawy w wodzie to można wygodnie rozsiąść się i kontemplować otoczenie. Robi się leniwie, ciepło i miło. Co jakiś cza na bacie przyjemny hol płoci i wzdręgi – a te gatunki mają w tej wodzie słuszne rozmiary – na kilogram wchodzą trzy – cztery sztuki. Nagle nie widzę spławika od żywcówki, poczekać czy ciąć? Nie wiem jak długo go nie ma, zajęty byłem płociami. Ale nie widzę, żeby żyłka odwijała się z kołowrotka, zacięcie i……jest. Hol jest niespokojny, ryba szarpie, odstawia taniec na ogonie – szczupły, na oko trzykilówka. Nagle ruszył w kierunku łodzi, nie nadążam wybierać luzu iiiiiiiiiiiiii stało się, wyluzował i z godnością (tak mi się wydawało) odpłynął błyskając cętkami na grzbiecie. Ręce trochę drżą, pierwsze spotkanie „trzeciego stopnia” w tym roku, ale spokojnie, damy radę następnym razem, tłumaczę sobie uzbrajając ponownie wędzisko i rzucając na przeciwną stronę łodzi.

Czekając, aż uspokoi się woda i znowu napłynie biała ryba, po dzikiej awanturze jaką szczupły narobił mi w łowisku, siedzę i popijam browara. Powoli nerwy się uspakajają i znowu robi się leniwie, ale myśli krążą już w koło szczupłego. Spławik żywcówki na moich oczach zaczął tonąć równocześnie odpływając. Wstałem, złapałem kij i czekam. Żyłka odwija się dosyć szybko z kołowrotka, już wybrał z 15 metrów, kiedy zatrzymał się. Oczami wyobraźni widzę jak odwraca przynętę w zębatym pysku i zaczyna połykać, wybrałem luz i TERAZ, klasyczne zacięcie i cudowny opór. Ale to nie zabawa, kołowrotek piszczy jak cholera, żyłki ubywa a ja nie mogę nic zrobić. W końcu przykręcam trochę hamulec i udaje mi się zatrzymać tę lokomotywę. No i zaczęło się, jeszcze nie widziałem czegoś takiego: szczupły przemieszcza się z prawej do lewej strony i z powrotem z szybkością godną podziwu. Myślę sobie „tylko malutki zmęcz się i dostań zadyszki, to ja już ci pomogę odzyskać oddech”.

Moje marzenia powoli ziszczają się. Pomału daje się holować w stronę łodzi, ale cały czas mam wrażenie że ciągnę żywy pień drzewa. W końcu zobaczyłem GO. On mnie też i zaczęło się wszystko od nowa, wybieranie żyłki i dziki pęd w prawo 30 metrów i z powrotem 30 metrów. Ale po tym jak Go zobaczyłem przestałem się dziwić wszystkiemu. ON był duży, bardzo duży, ON BYŁ OGROMNY. Ponownie czas pracował na moją korzyść, zmęczony dawał się przyciągać coraz bliżej łodzi. Był już tak osłabiony,że w końcu miałem go przy burcie. Nie wierzyłem oczom, on miał około 120 cm i był naprawdę jak pień drzewa. Delikatnie sięgnąłem po podbierak, w który ledwo zmieścił mu kaczy dziób.

No i stało się, w mojego szczupłego wstąpiły siły chyba wszystkich jego dzikich przodków: wyskoczył do góry i pod swoim ciężarem lecąc w dół zerwał a właściwie wyprostował agrafkę od przyponu i wpadając w podbieraka zabrał go ze sobą w dalszą wędrówkę po jeziorze (po jaką cholerę mu podbierak???). A ja stałem jak sparaliżowany facet, któremu zwiała ryba jakiej nigdy nie widział na oczy. Z łódki, która stała nieopodal rozlegały się oklaski, tylko nie wiem czy dla mnie czy dla szczupłego. Zwinąłem cały majdan i popłynąłem do obozowiska. Kiedy przeszły mi już nerwowe drgawki (żona działa tak kojąco), poszedłem do dzierżawcy i opowiedziałem co mnie spotkało. Ten uśmiechnął się tylko i powiedział, że ten esox niejednemu dał się we znaki, ale żeby porwał sprzęt to trafiło się pierwszy raz.

Echo tego zdarzenia krąży tam do dzisiaj, bo kiedy przyjechałem tam po roku to usłyszałem opowieść, jak to szczupak jednemu wędkarzowi zabrał podbierak, wędkę i był dłuższy od mojego, co najmniej o 50 cm. Ciekawy jestem jak to będzie w tym roku, ile urósł i co jeszcze porwał?
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama