Reklama

Te cholerne szczupaki...

18/08/2009 11:25
Woda na Sanie spadła tak jak jeszcze chyba nigdy. Błoto na woderach sięga powyżej kolan, a rzekę przejść się da w miejscach, gdzie wcześniej dzieciaki skakały z brzegu do wody. No ale niezmordowany wędrownik, który zwykle z dwa razy w tygodniu ląduje nogą w norze bobra, cały spieczony pokrzywami dociera teraz prawie do wszystkich miejscówek. No i jak dociera to i pewnie powinien łapać klenie jak na zamówienie. Ale te cholerne szczupaki...

Dzień 1

Żar leje się z nieba, nawet dziewczyny mają go dość i się nie opalają na brzegu. No ale wodery na nogach, po których pot leje się strumieniami i zgubiona koszulka podczas przedzierania się przez amazoński busz charakteryzują pogromcę kleni. Niestety one też chyba mają dość i we wszystkich obłowionych spowolnieniach nurtu zawiesiły się tylko dwa takie troszkę ponad trzydzieści centymetrów. No ale znalazłem spory dołek w głównym nurcie, gdzie woda tak zapiernicza, że ciężko mi ustać na nogach, więc pomyślałem, że jak im gorąco to może wyszły się „przewietrzyć”. Mała, zielona rapalka wisi na agrafce, więc zamach i leeeeeeeeeeć kochanie po klenika.

Szybkie sprowadzenie jej do dna i powolutku prowadzę pod nurt. W samym środku dołka jakby ktoś postawił znaki stop i nakaz skrętu w prawo. Lekko przycinam, żeby nie urwać od razu delikatnej żyłki i zaczynam wznosić modlitwy, żeby tylko ta brzana nie przetarła żyłki o kamienie, bo to moja jedyna taka rapalka. Po paru ciekawych odjazdach w mocnym nurcie, pod powierzchnią zamiast złotego blasku robi się zielono. O kur... No to mogę się pożegnać z moją rapalką bez żadnego zabezpieczenia żyłki. Ale zaraz, zaraz jak już dziesięć minut wariuje po drugiej stronie to może tak źle nie będzie. Przy brzegu widzę obie kotwiczki wbite w sam czubek pyska. Ufff... Może się uda. Trzeba by pewnie znaleźć jakieś miejsce, żeby się nie skąpać i go jakoś wylądować. Schodzę kilkanaście metrów niżej i po chwili „pewnym” (na ile pewny może być chwyt za kark z lekko niesprawną ręką) chwytem wynoszę go na brzeg. Małe mierzenie (74cm) i rybka wraca do wody.

Dzień 2

Kolejny genialny pomysł, żeby obłowić miejscówkę z drugiej strony. To nic, że trzeba przejść ponad kilometr przez olbrzymie pokrzywy splecione jakimś zielskiem, które nie chce puścić człowieka dalej. Tam są duże klenie!!! No i z taką myślą, która pozwala nie czuć swędzenia i nie widzieć setek bąbli idzie wariat do przodu. Szlak by trafił... Kolejna koszulka podarta. Ale to nic, tam są duże klenie!!!! W końcu docieram do miejsca gdzie da się jako tako rzucić małą obrotówką w wymytą dziurę w brzegu z taką ilością korzeni, że namorzyny Rexa Hunta się chowają. Nurt wypycha blaszkę pod powierzchnię.

No nic, kto nie ryzykuje... Kolejny rzut, zamykam kabłąk i pozwalam zbliżyć się jedyneczce do dna. Płynny ruch szczytówką i bum!! Banan na twarzy, hamulec jęczy, żyłki ubywa ale się opłaciło zaryzykować. Zaczynam powoli prowadzić rybkę w swoim kierunku ze szczytówką w chmurach, żeby nie wpakowała się w korzenie. No ale zaraz, zaraz przecież klenie nie robią świec. Co ten szczupak tu robi? Przecież ten nurt zawala jak TGV!! Po paru kolejnych fikołkach zapięty w „nożyce” szczupak zostaje przeciągnięty po błotku na brzeg. Miarka pokazuje 60 cm. No dobra ale czemu jak łapie bez wolframu one się tak zapinają?? Stare ludowe przysłowie, że głupi ma zawsze szczęście??

Dzień 3

Nie ma szans. Mam dość pokrzyw. Robię zmianę. Idę się powłóczyć po jakichś płyciznach za boleniem. 19 gramowy „Brzulek” znajomego wisi na agrafce. Za małą wysepką obmywaną przez mocny nurt jest płycizna na której wygrzewają się ukleje. Co jakiś czas słychać uderzenie i widać falkę uciekającą w nurt. No to mamy pierwszego klienta. Stoję po kolana w wodzie jakieś 50 metrów od tego miejsca, ale masa woblerka pozwala przerzucić nim to wypłycenie. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty rzut ekspresowe tempo i siedzi!! No, w końcu pierwszy boleń w tym roku, bo jakaś posucha z nimi jest. Podprowadzam rybkę pod nogi i oczy robią mi się jak pięciozłotówki. Szczupak!!! Jaka cholera??

No dobra TO jest dziwne. Kolejne miejsce to leżące dwa głazy w głównym nurcie. Tam brały dawniej bolenie. Obrotówka, której dołożyłem przed kotwiczką dodatkowe 4 gramy fruwa jak marzenie. Szczytówka w górze, aż skrzydełko smuży po powierzchni. Pierwszy lej ale pusto, nie zawiesił się. Dwa ruchy korbką i poprawka, teraz jest już mój! Z mniej już pewną miną holuje rybkę. A zgadniecie co zobaczyłem przy brzegu?? Nie?? Podpowiem wam. Zielone było. Rzuciłem też pare kolejnych razy w to miejsce. I wyciągnąłem kolejnego, chyba tego od pierwszego uderzenia. Mniejszy był, pewnie z 40 cm, ale też zielony.


I tak teraz pisząc to znowu się zastanawiam. Czy te szczupaki ocip...?? No ale jakby co, to klenie łowię dalej. I żeby nie było, że gołosłowny jestem to fotki też wrzucam ;)
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama