Wraz z każdym początkiem nowego roku do obiegu trafia bogata oferta firm z branży wędkarskiej, ilość świecących nowości wprowadza zamęt w głowach potencjalnych nabywców. Wiele spośród tych "perełek" dopiero ma szansę zaistnieć, jedne wkrótce po tym natychmiast odejdą w zapomnienie, inne trafią na przygotowany wcześniej przez swych protoplastów grunt i ponownie wypłyną na fali uznania względem swych poprzedników. Pod czujne oko wędkarskich użytkowników trafi szereg nowych serii wędzisk, modeli kołowrotków, nowych odsłon najdrobniejszej galanterii używanej na codzień... To oni zdefiniują, czy coś ma szansę przetrwać i na stałe wpisać się do tego kanonu, czy też jako nietrafiony szmelc odejść rychło w zapomnienie. Z uwagi na to powiem szczerze, że długo zwlekałem z próbą przybliżenia nowej odsłony legendarnego już chyba Team Dragona... Bo i po co, skoro jego poprzednicy zyskali pokażne grono zadowolonych użytkowników i kręcą nimi do dziś? Rzeczy tak dobrych, ponadczasowych, nie powinno się nawet reklamować, bo to chyba strata czasu...
Team Dragon Z ("zetka") trafił w moje ręce dokładnie 3 listopada ub.r., podczas firmowej wyprawy do Mariusza Drogosia nad Dolnośląską Odrę, z prozaicznych powodów. Otóż udało mi się zgubić mego prywatnego Specialist-a... Jak? Pojęcia nie mam... Przy zbrojeniu wędzisk stanąłem przed faktem dokonanym - kręćka brak i do dzisiaj w głowę zachodzę jak ja to zrobiłem.
Z opresji wyratował mnie Waldek wręczając tytułową "zetkę", którą natychmiast podkręciłem pod Streeta. Sekundę potem już nawijałem nową plećkę a po kolejnych dwóch pędziłem z tym zestawem na główkę - wiadomo, to Odra przecież, a gospodarz wie, co w trawie tu piszczy. :)
Od tamtego czasu "zetka" towarzyszy mi w zasadzie na każdym wędkarskim wypadzie. Przetrwała ze mną całą szczupakową jesień, ulewy, nawałnice i pierwsze przymrozki, niezliczoną ilość razy podawałem ją potwornym przeciążeniom gdy katapultowałem zestawy z 20-centymetrowymi woblerami i kusiłem nimi esoxy... Podbijałem 20 g główki w agresywnym opadzie, by po chwili wlec nią 13-centymetrowego Percha obciążonego 20 g pałeczką tyrolską po dnie, a gdy ryby i tego miały już dość, to w ruch szły obrotówki 4-7, i tak w kółko... Ot, normalna wędkarska rzeczywistość kogoś, kto ma dużo wolnego czasu i dwie minuty drogi do dobrego łowiska. Sezon 2016 zakończyłem w Sylwestra na do połowy zamarzniętym jeziorze, byłem na nim sam.
Początek każdego nowego roku to dla mnie święto - rozpoczęcie sezonu na pstrąga potokowego, każdą wolną chwilę spędzam wtedy nad swoją wodą, i tylko mróz rzędu -15 st. C bądż padające widły dwucynkowe mogą mnie od pójścia nad rzekę odwieść. W pierwszych dniach początkowo towarzyszył mi mniejszy brat "zetki" Team Dragon X FD 1020iX - doskonała maszynka na czas "drobniejszego" połowu tj. nimfą, paprochem, kogutkiem... Póżniej ponownie do głosu doszedł większy kuzyn i towarzyszy mi do dnia dzisiejszego. Zimowe zabawy z wędką i pogoń za kropkowanym drapieżnikiem to hardkor dla każdego elementu zestawu - wszechobecna woda, duży mróz, rzuty ostatniej szansy, rzuty spod siebie, skąpania, poślizgi i zjazdy na łeb na szyje, gdy mróz odpuści a tobie zachciało się iść skarpą czy wysokim brzegiem. To wszystko jest normą i na stałe wpisane w moje połowy, podobnie jak skrajnie wysoka poprzeczka niezawodności, którą stawiam przed swoim kołowrotkiem - od niego najwięcej tutaj zawsze zależy.
To, jak radzi sobie z linkami różnych typów, jak szybko "łapie kontakt" z wabiem, jak radzi sobie z "podtopieniem", jak oddaje linkę czy też hamulec gotowy w 100% od pierwszych milisekund holu - to decyduje o tym, czy mogę mu zaufać i czy będzie mi towarzyszył nad rzeką. "Zetka" dała radę, nie pokonał jej mróz, piach, woda, nie splątała mi linki a hamulec terkotał nawet przy -13 st. C.
Lubię statystyki, na nich opieram się, gdy "rozpracowuję" jezioro, pod ich kątem dorabiam się zestawów killerów na daną wodę, one mi mówią który odcinek rzeki czy część jeziora aktualnie będzie dla mnie najłaskawsza/y. Każdy wypad skrupulatnie jest spisany, każda zdobycz, wabik, czas połowu i warunki - matematyka w służbie pasji. Na podstawie wcześniejszych notatek zliczyłem ilość wypadów nad wodę z "zetką" od dnia 03.11. do 01.03. - wyszło mi, że 39 razy robiła pod moim kijem po 7-8 godzin na wypad, co daje 273 roboczogodziny (wariant 7 godzinny przyjąłem). Jedyna awaria, jakiej się doczekałem, to nasmarowanie rolki kabłąka po drugim podtopieniu ( raz jesienią i raz w lutym) i nic poza tym. Kultura pracy wtedy i dziś jest na takim samym, doskonałym poziomie, tak samo trzaska kabłąk i tak samo przyjemnie czuć "zwartość" duraluminiowego korpusu. Luzów jak nie było wtedy, tak nie ma do dziś, start hamulca to samo - natychmiastowy i płynny.
Pierwszej generacji serii Team Dragon nie miałem okazji użytkować, jednak z opini wygłaszanych do dnia dzisiejszego na różnorakich forach wiem, że były skokiem milowym Dragona, że były poprostu dobre. Ich nowa odsłona jest projektem nowatorskim, tworzonym od podstaw przez te same same ręce i w tej samej fabryce, gdzie schodzą z taśm kręćki Ryobi Zauber. Sądzę, że legendarne TD nimi pozostaną a rzesza zadowolonych użytkowników powiększy swe szeregi. Poniżej specyfikacja:
- duraluminiowy korpus i rotor
- jednokierunkowe łożysko walcowe,9 łożysk kulkowych
- przekładnia klasy HEG
- tytanowa rolka kabłąka o dużej średnicy
- oś szpuli oraz wałek przekładni -stal nierdzewna
- korbka wycinana z duraluminium
- rotor w systemie SBS
- wielotarczowy hamulec przedni z wielopunktową regulacją,w pełni wodoszczelny
- zabezpieczenie antykorozyjne
- uchwyt z pianki EVA
Plus wiele innych pozycji...
Pozdrawiam
Daniel Luxxxis Kruzicki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze