Kochani wędkarze. Mieszkam na pograniczu Śląska i Małopolski. Bardzo często łowię na wspaniałym łowisku komercyjnym w Małopolsce. Często się zastanawiałem czy o tym napisać, aż się w końcu zdecydowałem. Chodzi mi o etykę wędkowania. Nie jadę na to łowisko krócej niż na dwa tygodnie, bo jestem emerytem. Zabieram puszkę kukurydzy i zgrzewkę piwa z Biedronki. Rozbijam namiot i odpoczywam po 25 latach pracy pod ziemią.
Ale do czego zmierzam. Łowisko to upodobali sobie mistrzowie spławika z Krakowa i okolic. Przyjeżdżają wypasionymi furami ze sprzętem, jaki nam się śni po nocach. Do wody lecą kilogramy przeróżnej zanęty i zaczyna się rzeź. W siatach ląduje wszystko co ma ogon i oczy. To trwa kilka godzin. Muszę przyznać, że rybki im biorą. Kiedy trening się kończy, jest wykonywany telefon i zjawia się prezes pewnego koła. Rybki lądują w skrzynkach i jadą na wycieczkę, najprawdopodobniej do świnek bo człowiek, który ma mózg i chociaż trochę własnej godności, by tego nie zrobił.
My musimy robić dodatkową opłatę, byśmy mogli tam łowić, śmietanka naszego wędkarstwa nic nie płaci bo trenuje. Zdjęcia tych panów nawet widziałem w programach telewizyjnych na TAKIEJ RYBIE. Gdzie są te nasze wspaniałe zarządy i kontrolerzy, gdzie są nasze pieniądze , pytam wszystkich. Co z tym chorym systemem można zrobić. Pozdrawiam prawdziwych amatorów wędkowania. Nie posiadam zdjęć, a szkoda...
Komentarze