Miałem swoje linowisko. No - linowisko? - może za wiele znaczy, taką sobie dziurę w trzcinach omijaną przez wędkarzy. Ja też na tę dziurę się boczyłem, ale ciągnęło mnie do niej.Dlaczego? Miałem w niej linka na 35 cm i ta okoliczność budowała moją nadzieję. Czatowałem przy wlocie do mojej trzcinowej dziury - a w zasadzie zatoki i opłaciło się. Brań nie miałem, ale wielki karp, taki na około 5 kg wpłynął wprost pod moje oczy. Nie widział mnie, bowiem miałem ciemne okulary. A może widział jak zamarłem z wrażenia? Majestatycznie układając się skośnie do prostopadłej niebo - ziemia dokonał fantastycznie pięknego zwrotu i odpłynął jak "Czerwony Październik". Od tego momentu pokochałem "moją" trzcinową dziurę. Zasaiadałem częściej, niekoniecznie, żeby złowić, ale żeby zobaczyć karpia, o którym w myślach mówiłem, że jest moim karpiem. Taką miałem do niego sympatię. Wpatrywałem się w wodę, bo nic nie brało, dostrzegałem, że poziom obniżył sie chuba o metr w stosunku do ubiegłego roku i nagle - wypatrzyłem - duże łuski w wodzie. Chlorella, mój karp został złowiony. To straszne i stało sie zupełnie niedawno, bowiem dziś ja jestem w tej dziurze, ale okazało się, że to jest ostatni raz. Trzech wędkarzy zaczęło okupować moją dziurę, powiększyli ją co najmniej 3 razy i zawsze rzucają i patrzą w to samo miejsce. Już wiem, gdzie go złowili. Nic mi to nie daje. Moja dziura przestała być moją. Z konieczności, acz niechętnie poszedłem stanowisko dalej, bowiem pamiętałem, że tam są zaczepy. Zarzuciłem, przeciągnąłem i zdumiałem się. Czyste dno. Nie ma żadnych zaczepów. Dziwiąc sie nadal rozkładałem podbierak i ledwie zauważyłem, że moja wędka leci do wody. Znów ten błąd - pomyślałem i zaciąłem czując ciężar szczęścia. Nie był tak duży jak ten z trzcinowej zatoki, bowiem wyciągnął tylko jakieś 20 m żyłki z kołowrotka. Odszedł w prawo, w trzcinowe patyki. Następnie wycofał się i skręcił do mnie, ale zatrzymał sie przy najwyższej trzcinie. Ja też zatrzymałem swoje reakce, jakby oddając mu pole. I wtedy on tym kolcem przeciął żyłkę. Pierwszy raz w tym roku urwałem rybę z hakiem. U mnie w wodzie nie ma dużych łusek, ale od kilku dni rzucam ciągle w to samo miejsxe, zupełnie jak ci trzej faceci z trzcinowej zatoki. Chyba mam te same geny co oni. To musi być tęsknota.
Komentarze