Trzy dni szczęścia
Przełom lipca i sierpnia 2009 roku… .
Kilka dni wcześniej późnym wieczorem złowiłem parę
fajnych kleni i planowałem kolejną bardziej nocną wyprawę. Około 17 tej
wyszedłem z domu i może zbyt wcześnie, ale chciałem wybrać i przygotować sobie
przed zmrokiem kilka miejscówek. Rzeka nie jest duża, a brzegi strome i
zarośnięte. Bez przygotowania sobie dojścia do brzegu, aby w nocy oddać dobry
rzut nie ma łowienia po zmroku, a brodzenie odpada bo „te grube” lubią przy
gwiazdach wpływać na płycizny i polować na kiełbiki, a spłoszyć je łatwo. Jedno
dwustronne pudełko ze sprawdzonymi woblerami i drugie mniejsze, a w nim kilka
wirówek, gumek, cykad i nimf wystarczy na pewno. Do tego zapasowa szpula do
kołowrotka, „coś” przeciw komarom, butelka wody i niewielka latarka dopełniają
podstawowy ekwipunek.
Wchodzę do wody i
oddaje pierwsze rzuty. Po kilkunastu minutach mam na koncie dwa małe okonki i
nic poza tym. W planie mam do przerobienia około kilometra rzeki, godzina dość
wczesna więc się nie martwię brakiem kleni. Minęła godzina… ja łowię okonki,
jedną niebogatą świnkę, dwa małe kleniki i zaczynam się zastanawiać „gdzie oni
są, brakuje ich”. Kilka kolejnych sprawdzonych letnich miejscówek na zero
wprawia mnie w małą nerwówkę. Godzina około 19 : 30 i myślę czy warto zostać po
zmroku, bo zaliczyłem tylko kilka maluchów co zazwyczaj nie jest żadnym
problemem i może zwyczajnie dziś nie biorą „bo coś tam”.
Dochodzę do końcówki
zaplanowanego odcinka, siadam na kamieniu i grzebię w pudełku szukając jakiegoś
killera. Zapinam starego woblerka, jednego z pierwszych jakie wystrugałem i
rzucam pod przeciwległy brzeg z nawisami wierzbowych gałęzi. Wobek wpada do
wody i momentalne uderzenie, ryba zacina się właściwie sama i pierwszy kleń po
chwili ląduje w moich rękach. Drugi rzut w to samo miejsce i druga ryba. Po
trzech kolejnych zaczynam się zastanawiać o co tu chodzi ? Miejsce podobne do
kilku wcześniejszych, gdzie nie zaliczyłem nawet dotknięcia, przynęta jak wiele
innych, które były już w wodzie, rzucam i prowadzę podobnie… zagadka. Zmieniam
woblera na tego, który był dziś jednym z pierwszych zapiętych na agrafce, rzut i
kleń !!! Schodzę około dziesięciu metrów
niżej zapinam obrotówkę rzut i zero, drugi i to samo. Wracam do drewienka i
kleń czterdziestak !!! Zmieniam woblery co do koloru, kształtu, pracy, i nie ma
to żadnego znaczenia, bo jeżeli nie mam brania w chwili wpadnięcia przynęty do
wody to uderzenie następuje w połowie głębokości albo przy dnie i nawet „pod
nogami”. Nie mam pustych przebiegów i po bodajże trzydziestym kleniu przestaję
liczyć zapięte ryby. Co kilka wyjętych ryb schodziłem kilka kroków niżej i
zabawa trwała dalej. Wyciągam kolejnego klenia, a ten ma zdeformowaną dolną
szczęką (chyba połamana przy odhaczaniu przez jakiegoś wędkarza, a przynajmniej
tak to wygląda) puszczam i po kilku następnych łowię go znowu !!! Zastanawiam
się ile w takim razie z wyciągniętych ryb miałem zaliczonych dwa, a może trzy
razy? Cała moja wiedza i zebrane wcześniej doświadczenia na temat płochliwości
i ostrożności kleni runęły w gruzach.
Zaczyna się
ściemniać, ale ja jestem „wyłowiony” i rezygnuję z nocnego polowania. Wracając
do domu zastanawiam się tylko co mogło spowodować, że ryby brały tylko na
ostatnich około stu metrach wytypowanego łowiska jeśli wyżej miejscówki też są
atrakcyjne i kilka dni wcześniej przy prawie identycznej pogodzie łowiłem je
tam bez problemu.
Oczywiście
następnego dnia po południu znowu jestem nad rzeką i zaczynam z tego samego
miejsca co wczoraj, bo chcę sprawdzić czy rzeczywiście wyżej „nie ma ryb”.
Sytuacja się powtarza, kilkanaście niedużych okoni, dwa jelce trzy nieduże
świnki i trzy niewielkie kleniki. Docieram do mojego „eldorado” i zaczyna się… .
Łowię klenia za kleniem w przeciętnej wielkości około 35 cm i nawet ich nie
liczę. Zastanawia mnie ciągle tylko fakt dlaczego właśnie „tu”, a w innych
fajnych miejscach mizeria. Wystarcza, że wobler nie przekracza 3 cm i kolorem
przypomina kiełbika, uklejkę bądź okonka i już sama akcja ma drugorzędne znaczenie.
To czy jest tonący czy pływający też nie robi na kleniach żadnego wrażenia. Jak
poprzedniego dnia biorą od dna do powierzchni i w momencie kiedy wobek wpada do
wody i pod koniec prowadzenia pod nogami. Nie liczę złowionych ryb bo i po co.
Zaczyna się ściemniać i brania ustają co znowu mnie zastanawia, bo zazwyczaj w
upalne dni właśnie o tej porze zaczynały się najlepsze brania. Wracam do domu
spełniony, a jednocześnie z mętlikiem w głowie, bo ostatnie dwa dni zburzyły
wszelkie fundamenty mojego podejścia do łowienia kleni które zebrałem
dotychczas.
Dzień trzeci i
pomijam już górny odcinek. Schodzę na początek mojego „eldorado” i wykonuję
pierwszy rzut. Woblerek wpada do wody i od razu branie kij wygięty, hamulec oddaje
żyłkę i cóż znowu pełnia szczęścia. Zaczynam od klenia 40+, nie wiem dokładnie
ile bo nie mierzę dokładnie, a tylko porównuję z długością dolnika i jak zwykle
wypuszczam. Brania są może ciut rzadsze, ale w końcu łowię tu trzeci dzień i nie
mam pojęcia ile tu ich właściwie pływa ile z nich skłułem minimum raz i czy
jeszcze jest tu jakiś, który nie miał ze mną kontaktu. To właściwie tylko 100 m
rzeki. Po kilkunastu kleniach łowię po raz trzeci tego z połamaną szczęką i
zaczynam się zastanawiać czy mit o ich płochliwości jest prawdziwy. Słońce już
zaszło, robi się szarówka i brania się kończą.
Przez kolejne trzy
dni nie miałem możliwości wyrwać się nad rzekę. W końcu mam wolne popołudnie i
jako, że pogoda właściwie się nie zmienia to w ciemno zasuwam na sprawdzony
odcinek. Na pewniaka zapinam jednego z ulubionych i najbardziej kleniodajnych
woblerków i wykonuję pierwszy rzut spodziewając się natychmiastowego brania… .
Bez kontaktu, ale cóż tam muszą tu przecież być. Kolejne puste rzuty mnie
trochę dziwią. Dopiero po około dwudziestu minutach łowię pierwszego. Dłuższa
przerwa i drugi zaliczony. Kilka okoni i kolejny kleń dają mi do zrozumienia,
że wszystko wróciło do normy i szał minął.
W kolejnych dniach
łowiłem już „normalne” ilości ryb i w typowych miejscówkach. Kilka czasami
kilkanaście kleni okraszone okoniami i czasami świnką lub małym pstrągiem
dopełniały udaną wyprawę. W roku 2010 przeszła naprawdę wysoka woda, która
całkowicie zmieniała koryto rzeki. Tam gdzie przeżyłem swoje najlepsze trzy dni
kleniowego szczęścia zrobiła się głęboka woda, na dnie zalega muł i klenie
pojawiają się tam właściwie w większych ilościach tylko w zimie przeczekując
najgorszą porę roku.
Do tego czasu
zastanawiam się co było powodem takiego zachowania ryb, o czym może nie
pomyślałem, czego nie wziąłem pod uwagę i na razie na rozwiązanie tej zagadki
nie wpadłem. Może kiedyś… .
Klenie same w sobie
może niewielkie jak dla łowców „metrówek”, ale mnie pochłonęły od kilkunastu
lat i mimo, że wyprawy na pstrągi uwielbiam to ten gatunek daje mi przez
ostatnie lata najwięcej szczęścia. Szkoda tylko, że o fajne klenie u mnie coraz
trudniej choć ponoć zdecydowana większość wypuszcza wszystkie złowione ryby… .
Pozdrawiam i miłośnikom
kleni powodzenia życzę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze