18 sierpnia znów postanowiłem wybrać się na Brzegi, tym aby wypróbować gamę nowych przynęt, które niedawno zakupiłem. Nad jeziorem zameldowałem się około godziny 17. Niebo pokryte było chmurami, a słońce z rzadka przebijało się przez tę zasłonę. W spinningowaniu przeszkadzał wiatr utrudniający mi rzuty z ulubionych stanowisk. Na szczęście znalazła się mała, aczkolwiek obiecująca zatoczka…
Jednak to nie od niej zacząłem łowienie. Wspomniane przynęty miały posłużyć do połowu wzdręg i okoni. To właśnie na nie sprzętowo się nastawiałem. Wykonawszy kilka rzutów zorientowałem się, że łowienie w tak lekki i delikatny sposób utrudniały mi zastane warunki. Dotarłszy nad zatoczkę, która aż pachniała szczupakiem zdecydowałem się spróbować swoich sił. Wiatr wiejący w plecy wydłużał lot przynęty, nie było żadnych ludzi kąpiący się czy wędkujących, a brzeg naprzeciwko porastała gęsta warstwa trzcin. Miejsce idealne, niestety najprawdopodobniej zostanie ono zniszczone przez pogłębiarkę, która powoli zbliża się wsysając wszystko na swojej drodze… Zacząłem wędkować – rzut pod trzciny, czekam, aż przynęta opadnie, a następnie zaczynam ściągać ją w najwymyślniejszy sposób na jaki tylko mnie stać.
Na końcu żyłki wisi sobie błystka Blue Fox, jedna z trzech, które dostałem dawno temu i jeszcze nie miałem szansy ich wypróbować. Gdzieś po piętnastu monotonnych minutach, w pobliżu miejsca gdzie zarzuciłem zauważyłem drobnicę wyskakującą nad wodę i sekundę później poczułem pulsujący ciężar na wędce. Zacząłem pompować. Pod wodą ujrzałem zielonkawy kształt zwijający się na wszystkie strony w walce o wolność tak jakby nie wiedział, że i tak go wypuszczę. Po chwili miałem go już u swoich stóp, mierzył około 45 centymetrów i jak na moje oko był dość spasiony.
Już go dotykałem, już był mój gdy nagle szarpną się jeszcze ten jeden raz… Zdążyłem tylko zobaczyć jak śmiga z powrotem do swojego podwodnego królestwa. Na domiar złego w pysku została mu moja błystka razem z wolframowym przyponem. Oczywiście widząc przyczynę tej ucieczki zacząłem rzucać mnóstwo wyrazów, które nijak nie nadają się do przytoczenia – węzeł puścił. Martwiąc się losem biednego stworzenie wróciłem do łowienia, licząc na to, że uda mi się złowić go powtórnie i uwolnić od niezjadliwej blachy. Na nowy przypon, na innym węźle poszedł kolejny Blue Fox z kompletu. Czas mijał, a ja zacząłem już tracić nadzieję gdy nagle mój kaczorek wyskoczył nad wodę, trzepnął pyskiem na prawo i lewo, a niechciany obiad wyskoczył mu z pyska jak z procy.
W takich chwilach cieszę się, że używam kotwic z przygiętym zadziorem, w takich no i kiedy przychodzi do uwolnienia zażartej ryby albo uwalniania w ogóle - jest ono dużo szybsze i łatwiejsze. Po heroikomicznej próbie odzyskania straconej błystki wróciłem do wędkowania. W pół godziny po pierwszej rybie złapałem kolejną – znów szczupak. Rozmiarem nie imponował ale walczył dzielnie pomimo przewagi przeciwnika. Uwolniłem go w wodzie, nie bawiąc się nawet w mierzenie. Po chwili łowienia natrafiłem na zaczep, który skończył krótką aczkolwiek obiecującą karierę mojej przynęty. Z rosnącą irytacją zakładam następny przypon i ostatnią już błystkę z kolekcji. Niestety wkrótce i ona dołącza do reszty będącej już w wodzie najprawdopodobniej w wyniku pęknięcia żyłki przy zarzucaniu. Nie mając już więcej wolframów muszę kończyć wędkowanie po zaledwie godzinie spędzonej nad wodą.
Razem z tatą korzystając z tego, że wracamy wcześniej pojechaliśmy do sklepu w, którym to błystki te został dla mnie zakupione. Niestety okazało się, że nie ma ich już na stanie… Od czasu tej wyprawy zawsze zabieram więcej przyponów niż mogłoby się przydać. Normalnie też miałbym ich większą ilość ale jakoś nie zauważyłem, że zostało ich tak mało. Do dnia dzisiejszego wspomniana zatoka jeszcze istnieje, a szczupak, który odpłynął z moją przynętą został złowiony ponownie następnego dnia, też na błystkę ale już DAM-owską…
Komentarze