Nadchodzi długo oczekiwany Marzec. Czekałem na ten miesiąc z utęsknieniem odkąd jesienne wędkowanie dobiegło końca. Razem z Kwietniem to okres gdzie wyciągam swoją bolonkę i wyruszam nad rzekę w pogoni za głodnym białorybem. Później wędka wraca do pokrowca i tylko czasami ją wyjmuję, przeważnie gdy chcę połowić żywczyków.
Jako że zima tego roku była wielce łaskawa razem z kumplami postanowiliśmy wyruszyć za płociami, jaziami czy leszczami wcześniej niż to z reguły bywało. Zwykle około 15-20 ryby były na braniach (warunkiem była wysoka woda).
Jest 28 Lutego, ciepło jak na tą porę roku, lekko pochmurny dzień, we czwórkę meldujemy się w naszym starym miejscu. Z roku na rok coraz gorzej z dojazdem. Tym razem też nie było lekko. Miękka, rozmoczona gliniasta droga z wyjeżdżonymi przez ciągniki koleinami dała przez chwilę popalić, ale udało się i samochód stoi w bezpiecznym miejscu ( w drogę powrotną wyruszymy inną drogą, teraz było z górki).
Do pierwszej miejscówki mamy jakieś 300m.Wędki w dłoń i idziemy w duchu mając nadzieję, że poziom wody będzie odpowiedni. Powoli naszym oczom ukazuje się nasza rzeczka i co najważniejsze woda jest wysoka a nawet bardzo wysoka. Jest nadzieja, teraz tylko pozostała kwestia czy rybki już są.
Każdy zajmuje pozycję. Stoimy blisko siebie, na obszarze kilkudziesięciu metrów. Jeden z kolegów poszedł niżej na tzw. rozwidlenie. Umówiliśmy się, że jak ktokolwiek będzie miał jakiś kontakt z rybą bierze telefon i alarmuje. Pierwsze rzuty nie przynoszą efektu. Od ubiegłego roku dno po raz kolejny zmieniło swoje ukształtowanie i pierwsze zestawy zostają w wodzie. To normalne ale jak głosi stare wędkarskie powiedzenie „ gdzie patyki tam wyniki”. W tym przypadku jednak tak nie jest. Systematycznie obławiamy kawałek po kawałku zmieniając „grunt” jednak efektów nie widać. Może jeszcze za wcześnie? Mimo że zimy praktycznie nie było to rybki nie mają zamiaru przyspieszać?
Postanawiamy, że jedziemy w dół rzeki – do lasu. Jak nie tu, to może tam już doszły. Nie raz bywało, że tam ryby już były a tutaj pustynia.
Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Przejechaliśmy kilka kilometrów w dół rzeki. Po raz kolejny ekwipunek w dłoń ( tutaj tylko wędka i jakaś torba, to nie to, co wyjazd na ciężko za białorybem – wędki, widełki, krzesełka, wiadra, zanęty itd.) . Jesteśmy nad brzegiem. Okazuje się, że w lesie łowienie nie będzie łatwe. Tam gdzie wcześniej byliśmy wysoka woda to wymóg, tutaj woda okazuje się za wysoka. Znaleźliśmy kilka miejscówek gdzie spławiczek można było sensownie posłać jednak większość dobrych miejsc była „zalana”. Przeszliśmy kilkaset metrów, jednak tak jak wcześniej bez efektów.
Tata kolegi zaobserwował w jednym miejscu pojedyncze sztuki Jelcy, co w tym wypadku znaczy, że jest jeszcze trochę za wcześnie na połowy, o których myśleliśmy.
Przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać, aby móc poczuć piękną waleczną rybę z tej rzeki.
P.S. Były jeszcze inne wypady, ale jak do tej pory bez większych efektów, woda bardzo opadła i niestety jedno z miejsc zostało wyeliminowane:( Może tym razem Kwiecień będzie łaskawy a woda jeszcze urośnie?
Jako że efektów w postaci złowionych rybek nie było, pozwoliłem sobie umieścić fotki z lat ubiegłych.
Pozdrawiam
Paweł
Komentarze