Reklama

Ucieczka lina

10/07/2012 11:00
Siedzę jak przykuty do kompa. Trzy razy byłem nad rzeką , ledwo wylałem wodę z łódki i trzy razy uciekałem przed burzą. Dzisiaj rano przeżyłem szok. Woda spadła o metr i nie byłem w stanie zepchnąć łódkę na wodę. Co za rok... Czyli co tu robić ? Znowu deszczowe wspomnienia…
Tym razem dotyczące połowów linów. Ciekawa sprawa, że te największe i najwięcej linów łowiłem jako młody chłopak. Później nie miałem do nich szczęścia. Może dlatego, że więcej czasu poświęcałem połowom ryb w rzece. A tam jak myślałem wtedy te ryby są rzadkością. Oczywiście byłem w błędzie. Po prostu łowiąc z ojcem na otwartej wodzie w rynnie z łodzi częściej trafialiśmy na leszcze, płocie i krąpie, czy węgorze. A lina trzeba było szukać w starorzeczach, zastoiskach i w grążelach.

Pierwszy kontakt z linem miałem na zawodach wędkarskich na naszym Jeziorku Miejskim. Kończyłem wtedy chyba VI-stą klasę. Mój ojciec był gospodarzem Koła Miejskiego ( czyli kultywuję rodzinne tradycje, ale jako prezes ) i organizatorem zawodów wędkarskich. Powiedział mi, że wystartuje tylko dwóch juniorów, czyli ja i ktoś jeszcze. A dla najlepszego juniora jest wędka bambusowa do połowu uklejek. Tylko po co mi łowienie uklejek, skoro złowiłem już dwa wielkie szczupaki ? Przecież chciałem zostać spinningistą… Ale przecież ojcu nie odmówię startu, tym bardziej, że znany już byłem z łowienia szczupaków na Łynie i ojciec chętnie „prezentował” mnie kolegom.

Lało od trzech dni. Matka biadoliła, że się przeziębię na zawodach jak będzie tak padać, że co za ojca mam, co to nie dba o zdrowie syna. Ale ojciec tylko pocieszał, że się zahartuję i że z cukru przecież nie jestem. Fakt jest faktem, że z zapisanych na zawody ponad 40-tu zawodników nie wystartowała nawet połowa. No i zabrakło mego konkurenta, czyli wędka będzie moja jak wytrwam do końca.

Łatwo powiedzieć. Nie było peleryn takich jak teraz ( OP – 1 na Allegro kupiłem za 29 złotych, pełne wyposażenie z butami i rękawicami ). Matka obwiązała mnie jakimś foliakiem , co wywołało wesołość wśród zawodników i trochę rozładowało napiętą sytuację ( fajnie musiałem wyglądać ). Modliłem się , by mnie nie zobaczył ktoś z klasy, a szczególnie Ewa…

Wylosowałem stanowisko na skarpie, chyba obok pana Władka ( który do tej pory jeździ z nami na zawody ! ). Trudne to było stanowisko. Zejście dosyć strome do wody chyba z pięć metrów, no i śliska trawa. Ale łowić można, bo spławikówką sięgnę spokojnie do wody. Zanęciłem dwiema garstkami pszenicy. Innej zanęty wtedy nie stosowano, no może jeszcze pęczak, lub groch. O zanętach sypkich nikt wtedy nie słyszał.

Deszcz padał taki rzęsisty, że nawet spławika nie było widać. Ojciec stał za moimi plecami i dodawał mi otuchy, że nikt nic nie łowi, że jestem taki dzielny i że jest ze mnie dumny. Po jakimś czasie poszedł do innych, by nie słuchać, że chcę zejść ze stanowiska, czy coś podobnego…
Jak ja mam zobaczyć branie ? No i gdzie te płotki ? Ojciec gotował pszenicę, że palce lizać, coś tam dodawał do niej i brania płotek były zawsze. Ale nie dzisiaj...
Czytałem w Wiadomościach Wędkarskich o łowieniu „na czuja”. Łowi się bez spławika a żyłkę trzyma w palcach. Zrobiłem tak i ja, bo nie było innego wyjścia.

Czas dłuży się niemiłosiernie. Niby tylko trzy godziny, ale jak brań nie ma , to wydaje się, że to wieczność. Ciemne chmury zasłoniły całe niebo i wiszą nisko nad głową. Pogrążyłem się w rozmyślaniach…Nie będę musiał zbierać truskawek ! Czyli jest jakiś pozytyw z tego deszczu. To wstawanie o 4-tej rano i zbieranie truskawek przed szkołą dobijało mnie. Truskawki tego roku owocowały wcześnie. Mieliśmy ze 20 arów i wpadał za nie niezły pieniądz do domowego budżetu, ale ten zgięty kręgosłup… Chyba teraz po tylu latach zbierania wychodzi mi to bokiem ( a może kręgosłupem ? )

Nagle czuję naprężenie żyłki. Oczywiście spławika nie widzę. Co robić…czuję wyraźnie, że żyłka odpływa w bok. Szarpnąłem wędką. Ciężki, namoczony wodą ruski teleskop z wielką niechęcią podniósł się do góry, by za chwilę schylić się ku tafli jeziorka. A więc zaciąłem rybę. I to sporą ! Ryba wyciąga żyłkę z małego , plastikowego kołowrotka. Krzyczę, że mam coś dużego, ale deszcz skutecznie wycisza moją niestosowną reakcję.. Jednak usłyszeli mój krzyk sąsiedzi , czyli pan Władek i kilku innych wędkarzy i zbiegli się do mojego stanowiska. Przybiegł i mój ojciec. Wszyscy podpowiadają jak mam holować rybę, bo ja przecież nie widzę nawet spławika ! Słyszę tylko plusk ryby przewalającej się na powierzchni wody. Ale lin !. Niee, to karp przecież ! Licytacja trwa w najlepsze…
Ryba słabnie. Wędka pionowo w górze, bo ryba już przy brzegu. Schodzę do samej wody, odrzucam wędkę i łapię rybę pod skrzela. To piękny lin ! Mirek dawaj go tutaj na górę. No to wygrałeś zawody ! Ale wyciąłeś „starym wygom” numer !
Gramolę się na skarpę, lina trzymam przed sobą. Nie mam wolnych rąk i… to musiało się tak skończyć. Poślizgnąłem się na mokrej trawie. Lin wypadł mi z rąk, potoczył się po skarpie w dół i zatrzymał na kamieniu. Leżał tak i ciężko oddychał. Zjechałem na tyłku za nim. Już go mam znowu, chcę go podnieść i przycisnąć do piersi, ale wyśliznął mi się z mokrych i ubłoconych rąk ponownie i wpadł prosto do wody…
Stałem jak oniemiały i patrzyłem w wodę. Gęsto padający deszcz na szczęście skutecznie zamaskował moje łzy…
Zawody wygrał pan Józek z jedną płotką a drugi był pan ( nie pamiętam jego imienia ) z czterema ciernikami. Na pocieszenie i tak dostałem tę wędkę na uklejki i brawa od „starych” wędkarzy za walkę i determinację. A nowiutki spinning Germina za I miejsce był już w moich ubłoconych rękach…
Długo opowiadano w wędkarskim gronie moją walkę z linem. Wielu żałowało, że nie było świadkami tej sytuacji, bo to było zdecydowanie najciekawsze wydarzenie z tych zawodów. "Co cię nie zabije, to cię wzmocni"... Nie wiem, kto wymyślił to powiedzenie, ale sprawdziło się w moim wędkarskim życiu... Nawet dzisiaj pan Władek, często do mnie „zagaja”, kiedy siedzimy sobie po zawodach, jemy kanapki i opowiadamy wędkarskie historie.
- A pamiętasz Mirek tego lina z zawodów na jeziorku ? Dzieciak wtedy byłeś…
A moją wędeczką łowiłem krasnopiórki i płotki w grążelach na Łynie w czasie wakacji. A przy okazji podglądałem przyrodę. Życie jest piękne…
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama