Jak dobrze pamiętam to było lato 1980 roku. Chyba sierpień. Żniwa się już pokończyły. To był mój drugi rok wędkowania odkąd posiadałem kartę wędkarską. Porzedniego roku latem po wyrobieniu karty pojechałem z ojcem do oddalonej o 36km Częstochowy po zakup pierwszej wędki. Pamiętam jak dziś Częstochowa Aleja Pokoju. Stoję przed Składnicą Harcerską i napatrzeć się nie mogę. W witrynie nowiuteńkie bambusy, spinningi z włókna szklanego „toż to szok” dla młodego chłopca ( jakby to Pawlak do Kargula powiedział). Weszliśmy do środka i konsternacja co tu wybrać. Ja nie bardzo wiedziałem jaką wędkę kupić ojciec za młodu ryby łowił, ale to były inne metody i sprzęt. Wybór padł na trzyczęściowy bambus długości 4,5m ( teraz zastanowiłbym się po co taki długi tym bardziej, że miałem łowić przecież na mojej kochanej Liswarcie). I tak później z uwagi na dość duży ciężar wędki używałem tylko dwóch górnych elementów. Dolnik przeznaczyłem na podbierak który zrobiłem naciągając żyłkową siatkę na zakupy, na wykonaną z aluminiowego pręta obręcz. Ale dość już o tym jest sierpień 1980 poziom wody po deszczach podniósł się w rzece dość znacznie. Z kolegą o imieniu Radek ( nazwiska nie mogę sobie przypomnieć) umówiliśmy się na ryby przy tzw. Strudze. W miejscu tym rzeczka o ile dobrze pamiętam Bieszcza –przypominająca raczej rów melioracyjny wpadała do Liswarty. Przy dopływie teren przechodził w pagórek, na którym za ogrodzeniem znajdowały się uprawy Zieleni Miejskiej potocznie przez wszystkich nazywanej Komunalką. U zbiegu rzek powstała niewielka kotlina w której mieliśmy zasiąść na rybach, skupiających się w tym miejscu na żerowaniu. Utrzymywały się tutaj ponieważ Bieszczą płynącą obok miejscowej mleczarni spływały resztki poprodukcyjne tworząc rybom wyśmienitą stołówkę. Z Radkiem spotkaliśmy się na miejscu zasiedliśmy przy wędkach na haczyki czerwone robaki i zestawy do wody. Łowiliśmy na przepływankę zarzucając zestawy w nurt tak by spływały w zatoczkę utworzoną przez łączące się nurty. Jaką mieliśmy uciechę wyciągając co chwilę płotki, krąpie i okonie. Trwało to może ze dwie godziny gdy ryby nagle przestały brać. Ani ja ni Radek nie umieliśmy nic wykombinować. Zmienialiśmy grunt, przytrzymywaliśmy spływające zestawy. Niestety nic nie pomagało. Zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego ustały brania gdy do tej pory ryba brała wyśmienicie. Rozmyślając tak doszliśmy do wniosku, że w łowisku pojawił się drapieżnik. Miałem w swojej torbie błystkę Effezet - wirówka nr 3 którą kiedyś znalazłem nad rzeką. Chwila zastanowienia czy dam radę na nią połowić. Wszak w ręku bambus 3m na nim plastikowy kołowrotek z ruchomą szpulą o niezbyt dużej ok. 7-8cm średnicy. Coś jednak trzeba było zrobić. Wysnułem dość dużo żyłki pod nogi by móc rzucić błystką ukośnie pod prąd. Okazało się jednak, że za mało. Kolejne wysnucie żyłki pod nogi, tym razem z większym zapasem. Rzut błystką. Spadła do wody. Pod nogami niebezpiecznie wił się kawałek żyłki. Szybkie nawinięcie pozostałego luzu i szaleńcze nawijanie żyłki na kołowrotek. Przecież błystka musiała wirować, a do tego konieczna była odpowiednia szybkość zwijania żyłki – przydał by się wtedy kołowrotek spinningowy. I jest pobicie. Ryba szarpie się na końcu wędki. Żyłka zaczyna się z lekka luzować – ryba ruszyła z prądem w dół rzeki skracając dystans. Myśli rozbiegane po głowie co robić. Zwijać już szybciej nie mogę. Zacząłem cofać się rakiem utrzymując napięcie żyłki. Skarpa za plecami ogranicza moje ruchy. Gdy to wspominam teraz moje zachowanie wydaje mi się śmieszne. Oczami wyobraźni widzę jak obracam się na pięcie, wędka na ramieniu i biegiem pod górkę. Wyglądało to jakbym uciekał przed rybą. Moim pierwszym w życiu szczupakiem. Podbiegłem do siatki ogrodzenia Komunalki ograniczającej moją drogę „ucieczki przed szczupakiem”, przez ramię zauważyłem, że ryba jest już na brzegu. Nawet nie wiem kiedy mój nowiutki – tylko roczny bambus złamał się tuż przy skuwce łączącej elementy. Ale cóż to w porównaniu z moją rybą życia - na trawie rzucał się Mój pierwszy szczupak. Mierzył 45cm. O 5cm więcej od obowiązującego w tamtych czasach wymiaru. Już było po łowieniu ryba do siatki i do domu. Pamiętam, że ojciec był dumny ze złowionej przeze mnie ryby. Na złamany kij nic nie powiedział. Brat pomógł mi wydostać ze skuwki złamany kawałek bambusa i naprawić wędkę. Okazało się, ze kij był osłabiony z powodu małej dziurki przy skuwce przez którą do wewnątrz dostała się woda i podgnił trochę od środka. Miejsce gdzie wędkowaliśmy razem z Radkiem było chyba najchętniej odwiedzanym łowiskiem przez miejscowych wędkarzy.
Komentarze