Zbliżająca się wiosna to okres, w którym pokładamy wielkie nadzieje, na nowy nadchodzący sezon. Czyścimy i konserwujemy sprzęt, często po raz drugi, trzeci i kolejny.. Robimy to bardziej z tęsknoty za latem, niż dbałości o zastane wędziska. Dajemy się ponieść wyobraźni gdzieś nad wodę, na idealną zasiadkę, gdzie piękne brania kończą się wspaniałymi zdobyczami. Dla każdego to normalne zjawisko, tak sobie pomarzyć, później jedynie odetchnąć i wrócić do codzienności. Trochę inaczej wygląda to w wieku kilkunastu lat. Wtedy wydaję się wszystko takie łatwe.. Kiedy miałem około trzynastu lat, wykorzystywałem zimowe wieczory do kompletowania swoich akcesoriów i planowania wakacji. Oczywistością było że nie mogłyby wyglądać inaczej, jak spędzone nad moim ukochanym stawem. Marzeniem zawsze było dla mnie, złowienie karpia. Postanowiłem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Wiedziałem że na łowisku które pozostawało jedynym zbiornikiem, w którym kiedykolwiek wędkowałem, łowiono niegdyś karpie. Nigdy jednak nie widziałem ani nie słyszałem aby ktoś dokonał tego za moich czasów. Coś jednak mówiło mi, że pozostał tam jeszcze ten jeden, tak bardzo przeze mnie upragniony okaz. Przyjaźniłem się wtedy z Grześkiem, moim sąsiadem, starszym ode mnie o kilka lat. On często wybierał się na ryby sam, bądź ze swoim bratem. Ja nie mając uprawnień, nad wodą pokazywałem się jedynie w obecności ojca. Pewnego dnia, Grzesiek zaproponował mi, abyśmy wybrali się razem na poranne wędkowanie. Zdołałem ubłagać rodziców, którzy nie bez problemów pozwolili mi wybrać się, na pierwszą niezależna wyprawę wędkarską. Pamiętam ten dzień doskonale. Zaszliśmy w miejsce rzadko uczęszczane. Cichutko rozwinęliśmy nasze mocno zdezelowane i leciwe wędki, które służyły naszym ojcom przez wiele sezonów. Teraz mieliśmy je my, przekonani że żadna ryba nam nie straszna. Oby tylko chciała się skusić na specjały, które przygotowaliśmy. Owe specjały, to czerwone robaki i ciasto z kaszy manny. Na tamte czasy, były to najlepsze przynęty. Grzesiek swój zestaw, wrzucił trochę niedbale pół metra od brzegu, zajmując się jakimś defektem przy mojej wędce. Wiedział o łowieniu i sprzęcie więcej niż ja, dlatego postanowiłem mu zaufać, i pozwoliłem zająć się moją wędką. Grzesiek zajmował się najprawdopodobniej supłami na żyłce przy mojej wędce, kiedy dostrzegłem że jego spławik nie dość wyraźnie, ale jednak przemieszcza się w wzdłuż brzegu. Zanim zdążyłem go o tym poinformować, on błyskawicznym ruchem zaciął branie. Wędka się ugięła, w sposób jaki u mnie wyginała się wyłącznie podczas zawadów. Spojrzałem mu w oczy, oczekując czegoś w rodzaju wyjaśnień : O co chodzi? Jedyne co był w stanie wykrztusić, to krótkie ale jakże piękne słowo JEST! Nagle, z wody wynurzył się karp, który potwierdził moje przekonanie o swojej obecności. Miał około 50 cm, pozwolił wyłożyć się na boku i podciągnąć do brzegu. Nie mieliśmy podbieraka, jednak wszystko wskazywało na to że już wkrótce znajdzie się w naszych rękach. Nic bardziej mylnego! Błyskawicznie obrócił się grzbietem , jednocześnie ucinając żyłkę.. Usiedliśmy z wrażenia w jednym tempie na ziemi, nie komentując tej sytuacji przez kilka ładnych chwil. Do dziś pamiętam to rozczarowanie i żal, chociaż nie była to moja ryba. Po pewnym czasie, kiedy zdążyliśmy już się pogodzić ze swoją stratą, doszliśmy do wniosku że skoro jeszcze ten karp tam jest, to kiedyś go złowimy.. Ten dzień na zawsze zapadł w mojej pamięci. Nigdy jednak nie przestałem marzyć o dniu, kiedy to ja będę miał tego karpia na wędce i nie pozwolę mu się przechytrzyć. Cel który postawiłem sobie przed sezonem, nabrał dla mnie nowego znaczenia.. Postanowiłem szukać nowych metod i sposobów, które mi to ułatwią. Zacząłem interesować się gruntówką i jej przewagą w łowieniu większych ryb, w tym karpi ..
Komentarze