Historia ta przydarzyła mi się na początku wakacji 29 czerwca. Rano pojechałem na zaplanowany wyjazd na ryby do Zawady. Miał jechać ze mną moj kolega jednak cos mu wypadło i musiałem udac sie sam rozrobiłem zanete ( taką zwykła na karpia) i wedke zarzuciłem czekam czekam i tak z tego czekania zrobiła się godzina 12:00. Kurde a ja nawet nie miałem piskniecia na moim sygnalizatorze. No nic trzeba zacząc się pakować nagle moja bombka zaczyna powoli unośić sie do góry. Zacinam czuje mały opór no ale chociaż nie wróce o kiju.
Po krótkim holu pojawia się lin około 30 cm. Zawsze coś Linek odzyskuje wolność a ja zdenerowany wracam do domu. Po obiedzie i obdzwonieniu wszystkich kolegów dowiaduje się że nikt nie chce isc na boisko. Nie mając co z sobą zrobić prponuje mamie by jeszcze raz podwiozła mnie na ryby. Po długim przekonywaniu zgodziła się. Zabieram cały sprzęt (jakieś przeczucie kazało mi nie wyrzucic rozrobionej zanety) i jedziemy. Po przyjeździe szybko wypakowuje sprzęt (mam tylko 2,5 godziny) i zaczynam łowić. Jeszcze dobrze nie usiadłem na krześlea bomba podskoczyłą do kija. Zacinam niestety tylko płotka ale całkiem ładna 23 cm.
Zarzucam siadam i czekam czekam i nagle pombka pieknie poszła do góry. Zacinam czuje ładny opór ryba wyciągneła pare metrów żyłki dociągam hamulec i zaczyna się zabawa. Ryba szarpie się mocno lecz nie daje jej odjechać gdy opadła z sił podprowadzam ją do brzegu wołam sąsiada obok czy nie podebrał by mi ryby. Szybko się zgodził i na lądzie pojawił się piekny karp około 2,2 kg. Zadowolony zarzucam ponownie i siadam czekam i po chwili zacinam karpia około 1,3kg. Podbieram go i zadowolony zaczynam się pakować do domu. Ogólnie z popoludniowej 2 godzinnej wyprawy jestem duzo bardziej zadowolony niz z tej zaplanowanej 5 godzinnej.
Komentarze