Wyprawa, którą organizowałem do Kołobrzegu dziesiątego września, nie doszła do skutku. Następny wyjazd na Ustka dorsze 12.11.11r. do Ustki organizowała inna osoba. Z pięcioma wędkarzami dołączyliśmy do tej grupy. W piątek o godz.22.45 syn Krzysztof z kolegą Heńkiem przyjechał po mnie i pojechaliśmy po Marka. Spakowani byliśmy wcześniej za dnia. Moja grupa do Ustki jedzie po raz pierwszy. Już na początku trasy mieliśmy niespodziankę na drodze z sarną gdzie nikt jej tu się nie spodziewał. Stała na drodze i nie chciała zejść. Na trasie z Wałcza do Ustki jeszcze spotykaliśmy dużo lisów, którym w ostatniej chwili udawało się umknąć do lasu. Do portu w Ustce dotarliśmy o godz. 2.00, gdzie na nas czekała druga grupa uczestników wyprawy. Podczas oczekiwaniem na kuter Agelina, każdy przygotowywał swoje wędki i ubierał ciepłe ubrania. Temperatura w nocy wynosiła -2C i wiał lekki wiatr. Kuter o godz.3.00.przycumował do mola. Po załadowaniu sprzętu wędkarskiego na kuter o godz.3.30 wypłynęliśmy z port na łowisko. Płynęliśmy przeszło trzy godziny. Na sondzie pojawiła się duża ławica ryb. Szyper zaproponował, żebyśmy spróbowali zarzucić wędki, chociaż było ciemno. Po 10 minutach łowienia bez sukcesu, szyper postanowił płynąć dalej w swoje miejsce. Za horyzontu wychodziło powoli słonce i zaczęło robić się jasno. Po dopłynięciu na swoje miejsce przy zatopionym samolocie, szyper dał sygnał do rozpoczęcia łowienia. Trzech wędkarzy jeszcze spało, w tym mój syn. Niestety to miejsce jeszcze nie przyniosło efektu w postaci złowionych ryb. Szyper szukał następnych ławic. Ryby dalej nie chcą z nikim współpracować a pilkery są wymieniane na różne kolory i kształty. To trwało jeszcze około dwóch godz. Pierwszą rybę udało się złowić synowi. W sumie udało mu się złowić jeszcze jedną rybę, a trzy mu się wypięły. Najgorszym wędkarzem podczas tej wyprawy okazałem się ja. Udało mi się złowić jedną rybę, którą oddałem synowi, żeby usmażył 2,5 letniemu wnukowi. Kolega Marek i Henryk złowili po siedem dorszy. Były dorsze o wadze 3,5 i 4,0kg. Wiesław złowił oprócz dorszy, flądrę, a inny diabła morskiego. Około godz.16.20 zakończyliśmy łowienie. W powrotnej drodze kucharz przygotował posiłek - zupę z dorsza. Tak im smakowała, że większość poprosiła o dolewkę. W czas spożywania posiłku, uczestnicy wymieniali swoje spostrzeżenia i narzekali na bolące ręce. Do portu wpłynęliśmy o godz.18.00. Po spakowaniu się wyruszyliśmy do domu. Trasa przejechaliśmy bez żadnych przygód, w Wałczu byliśmy o godz. 21.00. Ta wyprawa jak i dwie poprzednie zakończyła się bez sukcesów.
Komentarze