Reklama

W końcu na rybach

18/09/2012 22:44

Czasami w stabilnym życiu wszystko się wali i trzeba budować od nowa. I tak stało się to w moim życiu co przełożyło się na wybór priorytetów przez co wędkarstwo ze względu na brak wolnego czasu zeszło na dalszy plan. I schodziło tak przez blisko dwa i pół miesiąca aż do niedzieli 16.09.2012, gdy w końcu wygospodarowałem sobie chwilę na moje ulubione zajęcie.

Zaplanowawszy wszystko z wyprzedzeniem w pogodnym nastroju bo miałem rano w planach jedno tylko przedsięwzięcie kurs na oddalone około 90 km lotnisko malowniczą autostradą A4.
Wyliczywszy skrupulatnie czas wyruszyłem w drogę w której postanowiła mi towarzyszyć moja wspaniała małżonka, która stwierdziła że poogląda sobie samoloty. Droga na lotnisko odbyła się w sposób bezproblemowy i tu zaczęły się komplikacje bo lot lekko się opóźnił i nie wypadało pasażera tak drogiego naszym sercom zostawiać samego więc staliśmy sobie machając co jakiś czas przez szybę a ja patrzyłem jak przesuwa się czas mojego wędkowania.
Po chwili moja połowa odebrała telefon od swojej siostry mieszkającej we Wrocławiu i wygadała się ze jesteśmy na lotnisku, co oczywiście skończyło się nieodmownym zaproszeniem na kawę.

Moje wędkowanie pomyślałem zrozpaczony i wynegocjowałem czas 1 godziny plus dwadzieścia minut na dotarcie pomyślałem będzie dobrze przemierzając dzielnie ulice Wrocławia nagle mój stan uległ pogorszeniu ponieważ utknąłem w korku. Włączyłem CB i dopytałem się o co chodzi powiedziano mi że maraton po godzinie udało mi się zawrócić ale nie dało rady wyperswadować małżonce wizyty zmuszony byłem nadłożyć drogi i uderzyć od strony Bielan lecz ta trasa została również zablokowana przez maraton. Ku mojej uciesze małżonka zrezygnowała z wizyty u siostry więc po krótkiej wizycie w sieci znanych fast foodów i godzinie drogi powrotnej znalazłem się w domu z zapałem wkładając sprzęt do samochodu.

Na łowisku znalazłem się o godzinie 15:30 o 16:00 do wody powędrowały dwa zestawy jeden z pelletem a drugi pellet z kukurydzą wystrzeliwszy w miejsce zarzucenia zestawów około 15 kul zanęty z pelletem kukurydzą i konopią, zasiadłem wygodnie w moim fotelu i oddałem się błogiej kontemplacji czasu i przestrzeni.
Nie było mi jednak dane zbyt długo cieszyć się spokojem i chwilą gdyż dźwięk sygnalizatora przywołał mnie do rzeczywistości a bzyczenie wolnego biegu podniosło adrenalinę przycinam i czuje luz żyłki wybieram i wybieram już myślałem że coś zeszło z zestawu aż nagle prawie spod nóg gdy w klarownej wodzie dostrzegłem karpika, odjazd na środek glinianeczki popuściwszy lekko hamulec pozwalam karpikowi na wyhasanie się i po około 4 minutkach ląduje w podbieraku ładnie wybarwionego karpika na oko około 50 cm.
Nie dane mi było jednak zrobić mu zdjęcia bo gdy go wy haczyłem i miałem wspiąć się na skarpę na której siedziałem celem uwiecznienia miłej chwili odezwał się drugi sygnalizator. Więc bez namysłu karpia do wody i w mało godny sposób na czworaka dopadam wędki jako że branie do brzegu wykonuje kilka obrotów korbką kołowrotka i czuje że siedzi w tym momencie delikwent zmienia kierunek więc przytrzymuje go lekko robi koło na napiętej żyłce i po czterech takich manewrach widzę już na płytszej wodzie kolejnego karpiczka nieco mniejszego od poprzedniego ale walczącego dzielnie o wolność. Po dwóch minutach karpik ląduje bezpiecznie w podbieraku. Foteczka i do wody delikwenta.
Po 10 minutkach zestawy do wody i szanowne cztery litery sadowię wygodnie w fotelu i znów kontemplacja czasoprzestrzeni, delektuje się ciszą słoneczko przygrzewa robię się nieco senny aż tu nagle znów Pi Pi Pi zryw z fotela przycięcie i siedzi ale idzie z nie wielkim oporem posłusznie i po chwili widzę leszczyka około 40 cm wypinam go nie wyciągając go z wody, i odpływa wyraźnie zadowolony.
Po chwili zestaw do wody kilka kulek zanęty i cyk na fotelik, już prawie błogostan gdy zmuszony jestem odebrać telefon i od razu pytanie czy biorą mówię że tak i opowiadam na gorąco o dwóch braniach i słyszę jak by to było wspaniale gdybym przywiózł jakąś rybkę do domku w celach konsumpcyjnych, choć tego nie lubię obiecuję że jak coś złapię to przywiozę. I niestety kolejny karpiowy koleżka nie miał tyle szczęścia co pozostali pobratymcy musiał zostać zgładzony ku zadowoleniu małżonki i córci, które spałaszowały go ze smakiem.
Po tym przykrym akcencie postanowiłem zostawić w spokoju lokalną populację karpi, więc spakowałem się i wróciłem do domu pełen nadziej na następne wrześniowe łowy.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama