W KOŃCU WYBIERAMY SIĘ NA LÓD Planowaliśmy ten wypad na wędkowanie podlodowe od dłuższego czas. W końcu udaje się nam wygospodarować dwa dni i rano w piątek ruszamy nad jezioro. Mróz trzyma i po opuszczeniu miasta mamy na termometrze -18,5 stopnia pod kreską. Nad jeziorem jesteśmy około 8.00 i zaraz po wyjściu z samochodu daje się odczuć różnica temperatur. Jednak jest uroczo ponieważ słoneczko, piękny śnieg, cisza w lesie robią swoje wrażenie. Zdrowy rozsądek przemawia za tym, aby z wyjściem nad jezioro poczekać aż słonko będzie wyżej i temperatura się podniesie. Szykujemy więc sprzęt wędkarski i ratowniczy popijając gorącą herbatkę, później jemy śniadanko (grzana kiełbaska j jajeczko na twardo, rozpalamy ognisko i dopiero około 11.00 schodzimy na jezioro oczywiście w oczekiwaniu na rewelacyjne brania. Idziemy w rejon stałego wędkowania obserwując co dzieje się na lodzie. Na stronie mocno nasłonecznionej (północny brzeg jeziora) widzimy ciemne plamy na lodzie. Jest to efekt tego, że lód pęka w naprężeń i woda wydostaje się na powierzchnię. Te miejsca na omijamy. Wiercimy po dwa otwory, rozkładamy sprzęt na jeden haczyk sztuczna ochotka, na drugi pineczka (ochotki wędkarskiej nie udało nam się kupić) i kombinując ze zmianami zestawów przez dwie i pół godziny nie mamy nawet stuknięcia!!! W związku z tym , że temperatura dalej nie odpuszczała postanowiliśmy zejść na obiadek. Międzyczasie przed dwunastą dojechali kolejni Koledzy. Jeden z nich Janusz nastawił się na okonie z blaszką podlodową udając się na skraj zachodniej zatoki (głębokość 2-3m) twierdząc, że ma coś do przetestowania. Ale o wyczynach Kolegi i technice jego wędkowania napiszę w kolejnym artykule. Dla nas był to szok!!!
Komentarze