Wiosenny spinning w pogodni za okoniem w sobotę z gRonkim z Wędkarstwo - Lubię To? A czemu nie! Jednak to nie był najlepszy dzień ponieważ od samego rana padał deszcz i było przeraźliwie zimno. Na pierwszy strzał poszła rzeka Ruda powyżej zbiornika Paruszowiec w Rybniku. Przez 40 minut orania kanału na różnych odcinkach ani jednego kontaktu z rybą. Więc zaczęliśmy szukać wyżej ale tam to już w ogóle rzeka wyglądała jak górski potok. Postanowiliśmy więc przenieść się na wodę stojącą.
Wypadło na malowniczo położony zbiornik leśny Wielopole w Rybniku. Piękna woda otoczona lasem. Cały urok wędkowania zepsuły pretensje jednego z "niedzielnych wędkarzy", który stwierdził, że nie można tam spinningować. Po krótkiej wymianie zdań, przekrzykując się z brzegu na brzeg i rozmowie ze strażnikami ze Społecznej Straży Rybackiej w Rybniku wyszło, że jednak nie miał racji. Jednak tego dnia i tak wróciliśmy o kiju bez kontaktu z rybą. Tak się właśnie kończy wiosenny spinning w pogoni za okoniem, raz jest a raz pudło.

Następnego dnia wyruszyliśmy w kierunku na Tychy, tak Paprocany. Godzina 6:00 meldunek nad wodą. Przyjechałem to już czekali chłopaki z Wędkarstwo - Lubię To, gRonki i Panda. Ruszyliśmy nad wodę. Pogoda lepsza niż dzień wcześniej, nie padało tak mocno i nie wiało tak mocno. Przez pierwsze 2 godziny nie było żadnego odzewu ze strony wody a nastawialiśmy się na duże okonie. Michał zmienił przynętę jak byliśmy przy pomoście i wyciągnął od razu małego sandacza - naprawdę małego, nie widziałem nigdy mniejszego. Potem dołączył do nas Radek - tego dnia okoniowy mistrz. Ja niestety zostałem mistrzem zaczepów - co ciekawsze na łowisku, na którym podobno nie ma zaczepów. W końcu to wiosenny spinning - woda jeszcze nie ruszona po zimie.

Nie minęło piętnaście minut i Michał przyciął szczupaka i znowu 30 minut ciszy, aż przy podbiciu przyhaczyłem szczupaka za grzbiet - jak się nie da normalnie to chociaż w ten sposób - oczywiście żartuję :) Po nie całych 15 minutach znowu gRonki przyciął sandacza, który spiął mu się przy próbie podebrania. Sandał tak bił pod brzegiem że wpadł w trzciny, że nie wiedzieliśmy co się dzieje. Po tym jak poszedł z powrotem do wody nagle czuję opór na kiju i żyłka jedzie z młynka. Myślę, o będzie coś ładnego! Nie pomyliłem się, padł sandacz - może to zabawne ale to mój rekord życiowy, bo ze mnie pogromca drapieżnika żaden. Radek pociągnął kilka okoni i na tym dzień się w sumie zakończył.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze