Wszystko zaczęło się tak: długo zastanawialiśmy się jakie miejsce wybrać na urlop w 2010r. Jeszcze będąc na zlocie u Pawła w Lesznie poznałam kolegę Artura- Grzegorza alias „Spokojny”. Tam też się dowiedzieliśmy,że Grzegorz mieszka nie daleko rodziny męża w Sławie. Wiedzieliśmy,że w tej miejscowości jest duże i piękne jezioro, tak więc ustaliliśmy,że to właśnie miejsce wybierzemy na nasz urlop. Bo to i rodzinę można odwiedzić i z przyjacielem się spotkać.
Miejsce mieliśmy ustalone,a kuzyn od Artura,który mieszka niedaleko Sławy załatwił nam domek letniskowy w Ośrodku Sportu i wypoczynku Rewenton w Radzyniu 2km. Od Sławy. Nie będę opisywać całego szeregu przygotowań do wyjazdu. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego roku nie braliśmy ze sobą ton jedzenia bo przecież to wszystko można kupić na miejscu. Jedynie Artur zrobił obfite zaopatrzenie w robaki wszelkiej maści oraz zanęty,uzupełnił też braki w swoich drobiazgach.
Nasz wyjazd zaplanowaliśmy na 5. sierpnia w nocy,aby dzieciom wygodnie się jechało i nie dokuczała im choroba lokomocyjna. Na miejsce zajechaliśmy o 7 rano. Domek już na nas czekał, więc po rozpakowaniu wszystkich naszych gratów mogliśmy zacząć nasz błogi urlop. Po wypiciu porannej kawki i nakarmieniu dzieci zrobiliśmy sobie pierwszy spacer po ośrodku. Ośrodek robił bardzo miłe wrażenie, duży plac zabaw dla dzieci,boisko do piłki siatkowej,oraz dużo wolnej przestrzeni dawało nam nadzieję,że nasze dzieci będą miały gdzie się wyhasać. Artur myślał tylko o jednym jak by tu pójść zobaczyć jezioro. Nie mogąc już dłużej słuchać jego marudzenia zabraliśmy dzieci i udaliśmy się w kierunku jeziora. Jezioro było naprawdę duże woda czysta, zaraz przy brzegu była przystań z bardzo dużym pomostem co mężusiowi się spodobało bo myślał,że będzie mógł z tego pomostu połowić jak bardzo się mylił przekonał się pierwszego wieczora. Jezioro było otoczone szerokim pasmem trzcin i łowienie z brzegu było wręcz nie możliwe.
Po południu nadszedł czas na wyprawę do miasta, drogą przez las i ekstra park. Miasteczko było ładne, zadbane, ryneczek śliczny, i bez trudu można było zaopatrzyć się w potrzebne do życia produkty. Mąż wykupił sobie w sklepie wędkarskim pozwolenie na wędkowanie na jeziorze sławskim bo o wypożyczeniu łódki mógł pomarzyć za drogi interes. Po zrobieniu małych zakupów postanowiliśmy wracać na ośrodek. W drodze powrotnej coś zaniepokoiło Artura gdyż wszystkie pomosty które mijaliśmy były pozamykane na kłódkę. Wydawać by się mogło że jeśli wydaje się pozwolenie na wędkowanie na danym jeziorze to dostęp powinien być bez problemowy a tu figa. Pokładaliśmy jeszcze nadzieję w pomoście która też okazała się złudna bo właściciel pomostu nie pozwalał z niego łowić. Daliśmy znać do Grzegorza,że już jesteśmy, a On przyjechał nas odwiedzić wraz z córką i synem. Grzegorz łaskawie zaopatrzył nas w chleb który zapomnieliśmy kupić będąc w mieście. Artur umówił się na następny dzień z Grzegorzem,że pojadą nad jezioro Lgiń połowić upragnione rybki.
Po powrocie z ryb i godzince odpoczynku Artur zabrał dzieci do lasu na grzyby co maluchom bardzo się spodobało i przynajmniej tam był swobodny dostęp dla grzybiarzy. Po obiedzie plaża, kąpiel w jeziorze oraz wygłupy do samego wieczora. Tak mijały nam kolejne dni urlopu. Grzegorz zabrał męża jeszcze raz na ryby na swoje tajne jeziorko gdzie mogli naprawdę sobie połowić. Artur wrócił cały happy z tej wyprawy i nie mógł się nachwalić ile to ryb nałowił.
Jak to dobrze mieć przyjaciela w pobliżu miejsca swojego urlopowania bo przyjaciel zawsze podzieli się swoim jakimś tajnym miejscem do łowienia.
I tak upływał nam urlop na kapaniu, zwiedzaniu, zbieraniu grzybów. Bo o łowieniu rodzinnym nie było mowy. Tylko na daremnie wydaliśmy stówe na pozwolenie. Dzieci zamiast nauki łowienia nauczyły się zbierać i odróżniać grzyby. I tak po mału kończył się nasz urlop i nadszedł czas wyjazdu. Urlop wspominamy teraz miło po za dwoma małymi mankamentami. Pierwszy do nieszczęsny dostęp do jeziora,a drugi to mi skolei dał popalić a mianowicie byli to żeglarze. To że przebywali na tym ośrodku co my nie było tak wielkim problemem ale ich zachowanie nad wodą doprowadzał mnie do szału. Nie dość że zajmowali całą plaże to jeszcze zostawiali taki śmietnik dookoła siebie że to koszmar jakiś. Najgorsze było dla mnie to,że nie patrząc na dzieci kapiące się w wodzie wpływali swoimi żaglówkami na środek płycizny i je tam szorowali mleczkiem do czyszczenia. Widząc to we mnie się gotowało. Byłam zniesmaczona tym co wyprawia młodzież będąca na regatach. A ich opiekunowie tez mieli to gdzieś nic ich nie interesowało. Więcej nie będę pisać o nich bo jeszcze teraz we mnie wszystko wrze. Ale i tak do domu wróciliśmy wypoczęci i zadowoleni.
P.S. Szczególne podziękowania za pomoc oraz okazaną przyjaźń dla Spokojnego.
Komentarze