Reklama

Wakacje u babci

02/03/2009 09:14
6 Wakacje u babci
Miałem 14 lat i byłem na wakacjach w Gryfinie u babci. Babcia mieszkała z ciocią i wujkiem na przedmieściach miasta i co najlepsze, polną drogą do Odry było około pięćset metrów.
Często tam jeździłem w czasie kanikuł, prawie co roku. Na Odrze w tym czasie było mnóstwo ryb. Chodziłem je łowić z wujkiem dosyć często. Czasami przyjeżdżał w odwiedziny ze Stargardu mój ojciec i wędkowaliśmy w trójkę. Z początku to oni łowili, a ja zbierałem koniki polne i ślimaki w wodzie, notabene wspaniałe przynęty na dużą płoć i leszcza. Podejrzewam, że chcieli nauczyć mnie łowienia na naturalne przynęty, jakich jeszcze nie znałem.

Później sposób ten wykorzystałem na Drawie, łowiąc duże świnki i klenie, właśnie na koniki polne.
Ale wracając do rzeczy, Odra w okolicach domu babci już mi się znudziła, bo łowiłem przeważnie średnie ryby. Wujek pracował w elektrowni Dolna Odra, a wtedy zaczęło się dużo mówić o łowionych tam wielkich karpiach i sumach, które łamały wędki jak zapałki.
Postanowiłem złowić pierwszego w życiu karpia.

Poprosiłem wujka, aby zabierał mnie ze sobą jak będzie jechał do pracy i w czasie kiedy on będzie pracował ja mógłbym łowić w ciepłym kanale a później razem wracalibyśmy do domu. Babcia, wujek i ciocia z trudem, ale się zgodzili. Byłem szczęśliwy jak nigdy. Zacząłem układać plany o złowieniu pana karpia. Zgodnie z umową wujek zostawiał mnie rano przy elektrowni, a ja szedłem na ciepły kanał. Wędkarzy zawsze było sporo i każdy coś łowił, nieraz coś dużego.

Na suma najpopularniejszą przynętą był filet z leszcza, a na karpia ciasto. Zacząłem więc od ciasta, brań miałem dużo, ale tylko samych leszczy. A chodziło mi o karpia, a najchętniej o jego dziadka. Podpatrywałem wędkarzy łowiących w pobliżu i zwróciłem uwagę, że ich ciasto jest inne niż moje. Było całkiem brązowe. Później wujek wyjaśnił mi, że taki kolor bardzo pasuje karpiom. Robi się je z granulatu, którym karmione są ryby w pobliskiej hodowli, a ryby które stamtąd uciekły są przyzwyczajone do takiej właśnie karmy.

Krewny załatwił mi trochę granulatu i wreszcie miałem takie ciasto jakie chciałem.
Koniec wakacji zbliżał się nieubłaganie, postanowiłem więc pomóc losowi w złowieniu okazałej ryby. Wybrałem ze spiżarni wszystkie starsze kasze, makarony, oczywiście za zgodą babci i zacząłem wielkie gotowanie zanęty. Po ugotowaniu dodałem pociętych rosówek, a wszystkiego było całe dwunastolitrowe wiadro. Na drugi dzień rano zacząłem wielkie nęcenie. Najpierw zareagowały leszcze, brały jak szalone ale nieco później złowiłem wreszcie upragnionego karpia. Ważył ok. 3 kilogramów. Finał dnia miałem jeszcze wspanialszy. Po zarzuceniu wędki nastąpiło mocne branie i wreszcie nastąpiło to, na co tak długo czekałem.

Odjazd ogromnego cyprinusa na około 50 metrów. Przytrzymałem go, trochę osłabł, bo już dał się holować. Zacząłem krzyczeć czy ktoś nie ma podbieraka? Ale pech chciał, że nikt w pobliżu nie miał. Stałem na betonowym murku, ale z boku, jakieś 10 metrów ode mnie była wyrwa i wytworzyła się zatoczka. Postanowiłem wprowadzić rybę właśnie tam i wyholować ją wyślizgiem. Zacząłem mój pomysł wprowadzać w życie a wtedy podbiegł do mnie młody chłopak. Chwycił za żyłkę i zaczął ciągnąć rybę. Zacząłem wrzeszczeć na niego, że tak się nie robi, żeby puścił, ale było już za późno!

Z wędziska zwisała postrzępiona żyłka, a młodzian zaczął się gęsto tłumaczyć. Widząc moją złość / para buchała mi z uszu / nie zbliżył się do mnie, pewnie ze strachu że zrobię mu krzywdę. Teraz już mogę się przyznać, że dobrze się stało, bo na pewno bym mu „przyłożył”, a tak policzyłem do dziesięciu i złość mi przeszła. Jednak wielki żal pozostał, tym bardziej, że karp był wielki i już widziałem siebie wchodzącego do domu z taaaaaką rybą ,wzbudzając zachwyt w oczach całej rodziny.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama