Wczesne popołudnie; razem z kuzynem (wg. mnie MISTRZEM WĘDKARSKIM w wędkarstwie spławikowym), wybieramy się nad Wartę w okolicy Czeszewa (powiat wrzesiński).
Wcześniej przygotowujemy się do łowienia: Kuzyn szykuje dla siebie tyczkę a tym samym ogromną ilość zanęty, gliny, zamrożonych robaków Ja decydując się na pikera, pozostaje na zanęcie bez gliny, używał będę koszyczka zanętowego
Zanęta to przede wszystkim zanęta leszczowa XXL, poza tym uzyskane domowym sposobem resztki cukiernicze, śruta z pszenżyta, wanilia, barwnik czerwony; na to glina (również pozyskana domowym sposobem) – aby było taniej.
Obaj stosujemy przynętę: biały robak z wanilią (w nim część barwionych na czerwono)
Pogoda idealna, lekki wiatr z zachodu, w niczym nie przeszkadza, słońce daje ciepło i powoduje lekkie rozleniwienie; zaczynami łowić około 17.00.
Wcześniej oczywiście następuje pełne magii, kunsztu i precyzji montowanie tyczki, gruntowanie, ustawianie siedziska itp. (oczywiście w wykonaniu mojego kuzyna). Moje przygotowania są dużo szybsze i skromniejsze – zaledwie po 15 minutach zarzucam pikera – kuzyn w tym czasie jeszcze ma przed sobą moc pracy.
Efekty w tym dniu raczej mizerne; u mnie nic. Kuzyn natomiast wyciąga, może niezbyt często ale wyciąga tak co trzeci raz; albo ukleje albo krąpia. Niestety wymiary rybek nie są zbyt imponujące, więc wracają one rosnąć lub stanowić pokarm dla innych, z powrotem do Warty.
Na początku moje zdziwienie – obciążenie koszyczka prawie 100 gr a on spływa do brzegu; czyli nie doceniłem wg. mnie leniwego prądu tej rzeki – Warta jest wartka. Po jakimś czasie dochodzi do mnie, że przecież ja jestem nauczony łowić w rzece (Dunajec) o kamienistym dnie, gdzie koszyczek nawet dużo lżejszy ma się o co zaczepić – Warta ma dno w sumie płaskie i piaszczyste, więc okrągły koszyczek z doczepioną oliwką – dający w sumie 100 gr obciążenia to jest nic.
O godzinie 20.30 ściemnia się, nie ma już żadnych brań, co najmniej od 19.00 ale siedzimy do 20.30.
Potem zmiana sposobu łowienia oraz miejsca; około 21.30 zaczynamy polowanie na suma. Wcześniejsze rozpoznanie wśród znawców tej ryby, dało nam przypuszczenia co do wyboru ewentualnego jej miejsca żerowania.
Łowimy na kotwicę, zakładając drobiową wątrobę oraz rosówki. Brak doświadczenia w sprawie tej ryby - nas jednak położył – brania były ale albo sum był na tyle mały, że nie był w stanie połknąć w całości kotwicy albo my nie byliśmy w stanie wybrać idealnego momentu brania. Po każdym zacięciu pusta kotwica. W takim razie zmiana – zamiast kotwicy hak i tutaj podobnie z tą różnicą, że ryba zerwała i przynętę … oraz przypon z hakiem. Około godziny 0.00 kończymy zabawę z sumem. Zżarł nam ponad 0,5 kg wątroby, o rosówkach nie wspomnę; idziemy spać.
Rano od 5.30 łowimy na nowo i… Zaczyna się idealnie, dla mnie, pierwszy rzut i zanim usadowiłem się na moim stanowisku widzę,, że szczytówka pikera tańczy, że hej – wyciągam leszczyka tak około 0,80 kg. Radość i zachęta na następne ryby była ogromna, jednak mnie nie udało się już więcej nic złowić.
Kuzyn miał więcej szczęścia – na swoją tyczkę, zaczął od jazia – podobnych rozmiarów jak mój leszcz a potem było tylko lepiej; łącznie z zerwanym prawdopodobnie leszczem, który pokazał grzbiet i bok – więc na wygląd mógł mieć co najmniej 2,0 kg.
Zakończenie połowu o godzinie 13.00 – byliśmy już zmęczeni, niedospani a i ryby zrobiły sobie w tym dniu przerwę z intensywnym żerowaniem, więc brania były coraz rzadsze aż w końcu zamarły.
Do domu zabraliśmy leszcza i jazia oba po 0,84 kg – reszta wróciła do Warty.
Tym sposobem – poznałem Wartę; nizinną rzekę, której prąd ma „lepszy” uciąg niż nasz górski Dunajec i widziałem z bliska łowienie na tyczkę – sposób o tyle ciekawy, bo skuteczny o wiele bardziej niż inne połowy spławikowe i poznałem sposób nęcenia na nizinach – gdzie do zanęty dodaje się dużą ilość gliny, gdzie trzeba pamiętać o tym, że prąd rozmowa zanętę i źle wykonane kule nęcą ryby dużo niżej niż moglibyśmy sobie wyobrazić. Tym sposobem polubiłem tą rzekę i wiedzcie Wielkopolanie, że będę Was odwiedzał, jak tylko pozwoli mi zdrowie, czas i rodzina.
Komentarze