Wspomnienie o wiosennym pstrągowaniu…
Ostatnia sobota marca, trzeci wyjazd w tym miesiącu na pstrągi. Lekko zniechęcony dwoma poprzednimi wyprawami, bez emocji przygotowuję się do drogi. Rzut oka na zawartość plecaka, wieczorny telefon do kolegi, jesteśmy umówieni więc spokojnie mogę iść spać. Niestety jak przed każdym wypadem na ryby mam problemy z zaśnięciem - czy tylko ja?
Już widziałem cel naszej podróży, moją, a raczej naszą rzeczkę, te dołki, zakola czy rwący nurt tuż pod stopami, a za chwilę przechodzący w spokojny przepływ. Nie wiem właściwie czy to były nocne rozmyślania czy sen bo nagle to wszystko przerwała moja ulubiona melodia z budzika. Chociaż niewyspany, bez chwili wahania wyrwałem z łóżka (ciekawe dlaczego tak chętnie nie wstaję codziennie rano do pracy). Na całkowite przebudzenie mała czarna, zabieram plecak, kanapki, termos i ruszam, po drodze wstępując po Jurka.
Po godzinnej jeździe jesteśmy nad wodą. Kolega montuje sprzęt, zabieram się więc i ja i tu szok – zapomniałem wędki!!!Załamanie było chwilowe, lubię majsterkować więc na pewno coś wymyślę. W niedługo potem znajduję rosnącą niedaleko wierzbę, wybieram najdłuższy z możliwych i w miarę prosty odcinek witki – niestety tylko ok.1,5 metra. W bagażniku znajduję izolowany miedziany drut, z którego robię przelotki (2szt), szczytową zawsze mam w zapasie w pudełku, taśma izolacyjna, szczypce i do roboty.Po ok.30 min. drobnej kosmetyce mam gotowe wędzisko. Pierwsze rzuty makabra, horror nie do opisania, ale z czasem nabieram wprawy i wyczuwam”akcję”wędki.
Po dwóch godzinach odczuwam ból w nadgarstku, lecz chęć złowienia upragnionej ryby pozwala mi o tym zapomnieć. Dalekie rzuty są niemożliwe, więc za każdym razem pozwalam przynęcie spłynąć z prądem 15-20 metrów, jeśli tylko warunki pozwalają. Czynię tak raz, drugi, trzeci i kolejny. W następnym spływie przynęty poczułem lekkie puknięcie, a może to był zaczep, dla pewności puszczam zestaw jeszcze raz i to samo. Zmieniłem woblera na gumkę – imitację żaby, znowu uderzenie tym razem mocniejsze i wierzbowa witka zaczęła pulsować. Hamulec przy tym sprzęcie oczywiście popuszczony prawie na maxa, pozwoliłem rybie wyciągnąć jeszcze kilka metrów żyłki i zacząłem go delikatnie dokręcać. Jeszcze kilka zrywów zszokowanej ryby i jest moja.To wszystko z „rozdziawioną” gębą (sorry) obserwował Jurek. Po raz pierwszy po blisko15 latach wspólnego wędkowania dostałem od niego pochwałę.Powiedział „jesteś dobry stary”...
P.S.
Pstrąg nie był rekordowy, mierzył 37 cm, ale dla mnie był wyjątkowy ze względu na sposób, a właściwie na sprzęt na jaki został złowiony.
Z wędkarskimi pozdrowieniami „Zdzichu”
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze