Reklama

Wędkarska fraszka!

03/02/2011 19:50
W zimowe wieczory budzi się wyobraźnia...
Postanowiłem opisać wyprawę wędkarską,
w trochę nietypowy sposób...




Noc miała się ku końcu
Lecz ciemna poświata nad stawem
Nie dawała pokonać się słońcu.
I jakby smołą oblano wokół,
Jedynie księżyc,
Pozwalał drogę dostrzec w tym mroku.
Trzymała mgła skłębiona
Wychodząc na brzeg jak nogą bosą
Delikatnie i lekko, niczym puch
Opadała na nim, będąc już rosą.
J tylko bystre oko mogłoby dostrzec,
Powalone drzewo w przybrzeżnej gęstwinie
Nie zatopione w wodzie,
Lecz umoczone gałęzie w niej jedynie.
Miejsce idealne na wędkarską zasiadkę
Otoczone trzcinami, toteż nie płosząc ryb
Można by zasiąść na nim ukradkiem.
Wiodła tam ścieżka, przez pas zielonych traw
A na końcu wspomniany już wcześniej
Omglony i nie nękany najmniejszym podmuchem wiatru,
Piekarski staw.
I nagle zamilkł odgłos wszelaki
Świerszcze swój koncert przerwały
To samo z obawy poczyniły i ptaki.

Wkrótce, odżyła przyroda z powrotem
Rozpoznawszy Grzegorza, który
Często przechodząc w tym miejscu
Dał poznać się, swym powolnym i tylko jemu
Przypisanym krokiem.
Dotarłszy nad brzeg
Spojrzenia z lustrem wody zamienił,
Krótkim ruchem wyjął podpórki
I wbił je do ziemi.
Sprzęty rozwinął
I głębokość na żyłce zaczął znaczyć
Sprawnie to robił, więc już przynętę mógł włożyć na haczyk.
Gdy wędki oparł na brzegowym urwisku
Spokojnie zasiadł na rozłożonym właśnie przez siebie
Wygodnym siedzisku.
Pogoda dopisywała i prawie się przejaśniało,
Kiedy jeden ze spławików zadrgnął nieśmiało.
Podwinął żyłkę i z uwagi na chwilowy brak akcji
Cierpliwie czekał na dalszy rozwój sytuacji.
Nagle..
Uderzenie ponowne, na zestaw z ciastem
Po kolejnym razie skończyło się szybkim odjazdem.
Pewnie zaciął i poczuł opór na wędce,
Szybko pojmując, że musi rozłożyć podbierak na prędce.
Wiedząc iż ma delikatny zestaw
Tak też holował.
W przekonaniu że większe już sztuki na owy wyjmował.
Poczuł że ryba ucieka w wodne roślinności
Próbował temu zapobiec
Walcząc nie tylko ze zdobyczą,
Lecz głównie z poczuciem własnej bezradności.
I wtedy, z gęsto rosnących, przybrzeżnych trzcin
Ukazał się spory i jakże piękny, zielono-złoty lin.
Nie wierząc temu co widzi przed oczyma
Próbował podwinąć żyłkę,
Czując że ryba tak mocno wcale nie trzyma.
I nie przejmując się zaczepami już wcale,
Prowadził rywala do brzegu,
Czyniąc to powoli i chwilami niedbale.

Zanim z ofiarą ostatecznie się rozprawił
Drugą ręką chwycił podbierak
I delikatnie w wodzie go postawił.
Z obawą o to co działo się wcześniej
Starannie lina w kasarze chował
Wiedząc że ciągle może go stracić
Zestawu do końca pilnował.

Po wszystkim uniósł wzrok ku górze
Zwrócił rybie wolność, spostrzegłszy jednocześnie
Że zanosi się na burzę.
Zebrał swoje rzeczy wszystkie,
Czując na sobie pierwsze krople deszczu
Zaczął żegnać się z łowiskiem.
Odchodził z poczuciem przeżytej przygody
Nie ze względu na złowioną rybę
Lecz z obcowania wędkarza na łonie przyrody!





Dedykuję to opowiadanie mojemu przyjacielowi Grzegorzowi,
z którym niegdyś często wędkowałem.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama