W zimowe wieczory budzi się wyobraźnia... Postanowiłem opisać wyprawę wędkarską, w trochę nietypowy sposób...
Noc miała się ku końcu Lecz ciemna poświata nad stawem Nie dawała pokonać się słońcu. I jakby smołą oblano wokół, Jedynie księżyc, Pozwalał drogę dostrzec w tym mroku. Trzymała mgła skłębiona Wychodząc na brzeg jak nogą bosą Delikatnie i lekko, niczym puch Opadała na nim, będąc już rosą. J tylko bystre oko mogłoby dostrzec, Powalone drzewo w przybrzeżnej gęstwinie Nie zatopione w wodzie, Lecz umoczone gałęzie w niej jedynie. Miejsce idealne na wędkarską zasiadkę Otoczone trzcinami, toteż nie płosząc ryb Można by zasiąść na nim ukradkiem. Wiodła tam ścieżka, przez pas zielonych traw A na końcu wspomniany już wcześniej Omglony i nie nękany najmniejszym podmuchem wiatru, Piekarski staw. I nagle zamilkł odgłos wszelaki Świerszcze swój koncert przerwały To samo z obawy poczyniły i ptaki.
Wkrótce, odżyła przyroda z powrotem Rozpoznawszy Grzegorza, który Często przechodząc w tym miejscu Dał poznać się, swym powolnym i tylko jemu Przypisanym krokiem. Dotarłszy nad brzeg Spojrzenia z lustrem wody zamienił, Krótkim ruchem wyjął podpórki I wbił je do ziemi. Sprzęty rozwinął I głębokość na żyłce zaczął znaczyć Sprawnie to robił, więc już przynętę mógł włożyć na haczyk. Gdy wędki oparł na brzegowym urwisku Spokojnie zasiadł na rozłożonym właśnie przez siebie Wygodnym siedzisku. Pogoda dopisywała i prawie się przejaśniało, Kiedy jeden ze spławików zadrgnął nieśmiało. Podwinął żyłkę i z uwagi na chwilowy brak akcji Cierpliwie czekał na dalszy rozwój sytuacji. Nagle.. Uderzenie ponowne, na zestaw z ciastem Po kolejnym razie skończyło się szybkim odjazdem. Pewnie zaciął i poczuł opór na wędce, Szybko pojmując, że musi rozłożyć podbierak na prędce. Wiedząc iż ma delikatny zestaw Tak też holował. W przekonaniu że większe już sztuki na owy wyjmował. Poczuł że ryba ucieka w wodne roślinności Próbował temu zapobiec Walcząc nie tylko ze zdobyczą, Lecz głównie z poczuciem własnej bezradności. I wtedy, z gęsto rosnących, przybrzeżnych trzcin Ukazał się spory i jakże piękny, zielono-złoty lin. Nie wierząc temu co widzi przed oczyma Próbował podwinąć żyłkę, Czując że ryba tak mocno wcale nie trzyma. I nie przejmując się zaczepami już wcale, Prowadził rywala do brzegu, Czyniąc to powoli i chwilami niedbale.
Zanim z ofiarą ostatecznie się rozprawił Drugą ręką chwycił podbierak I delikatnie w wodzie go postawił. Z obawą o to co działo się wcześniej Starannie lina w kasarze chował Wiedząc że ciągle może go stracić Zestawu do końca pilnował.
Po wszystkim uniósł wzrok ku górze Zwrócił rybie wolność, spostrzegłszy jednocześnie Że zanosi się na burzę. Zebrał swoje rzeczy wszystkie, Czując na sobie pierwsze krople deszczu Zaczął żegnać się z łowiskiem. Odchodził z poczuciem przeżytej przygody Nie ze względu na złowioną rybę Lecz z obcowania wędkarza na łonie przyrody!
Dedykuję to opowiadanie mojemu przyjacielowi Grzegorzowi, z którym niegdyś często wędkowałem.
Komentarze