Reklama

Wędkarstwo jako zaraźliwa choroba

02/12/2012 10:11
A dlaczego zaraźliwa? Widać to chociażby po tym, ilu użytkowników jest zarejestrowanych na tym portalu i liczba ta ciągle rośnie. Od kilku lat- prawie od początku również się do tych użytkowników zaliczam. A od czego się zaczęło? Ano, koniec lat 60 ubiegłego wieku (jakkolwiek by to nie brzmiało) jako przedszkolak zaliczyłem swój pierwszy wyjazd z Ojcem na ryby. Nikt wtedy nie myślał, że będzie to pasja na całe moje życie. Z perspektywy dnia dzisiejszego początki były więcej niż skromne- kawałek leszczyny, ze względu na mój młodociany wtedy wzrost patyk długości około trzech metrów, dowiązany do tego kawałek żyłki Stilon Gorzów tzw. tęczówki w rozmiarze 0,30, spławik ze stosiny pióra, taśma ołowiana jako obciążenie i haczyk wiązany bezpośrednio do żyłki.

Jako, że były to czasy kiedy handel nie oferował żywych przynęt pt. białe i czerwone robaki, doskonale znaliśmy rozkład topograficzny miejsc gdzie takowe można było pozyskać np. skwer w parku w nocy- rosówki, kompostownik u znajomego gospodarza- czerwone gnojaczki (do dziś czuję ich charakterystyczny zapaszek) do wyboru- małe, średnie, większe. Białe robaki to z kolei własna hodowla- z racji tego, że różne muchy się tam kręciły – część nadawała się tylko do zanęty. A przynęty i zanęty roślinne? Ano, jechało się do gospodarza (również zaprzyjaźnionego) i za pomoc przy np. wykopkach był całoroczny przydział np. kukurydzy, łubinu czy też pszenicy. Każdy kombinował jak mógł, czasy na pewno nie były lekkie, zdobycie czegokolwiek ze sprzętu wędkarskiego graniczyło z cudem, może właśnie dlatego mój Ojciec do dnia dzisiejszego używa ponad 40letnich kijów bambusowych które z pięć razy były przerabiane, przelotki oraz uchwyty kołowrotków kilkukrotnie wymieniane.
Dominującą przynętę którą stosowaliśmy to w zależności od pory roku- wiosną larwy chruścików (kłódki)- latem, jesienią kukurydza, pszenica, łubin, ziemniak, robaki.

W maju- sezon na większość karpiowatych- jechaliśmy na ryby z około 2 kg ziemniaków ugotowanych w mundurkach, czerwone robaki i rosówki. Przed łowieniem wystarczyło rozgnieść 2-3 ziemniaki, na tyle jednak delikatnie aby nie zrobić z nich kompletnej miazgi i wrzucić w rejon łowienia, na hak jednej wędki kawałek ziemniaka, druga wędka pęczek czerwonych robaków i zdarzało się może 2-3 razy w sezonie że powróciliśmy do domu bez brania- był jeden warunek, na łowisku przynajmniej 2 godziny przed wschodem słońca. Przeważały liny- zdecydowana większość około 2kg, zdarzały się karpie oraz kilka razy piękny węgorz.
Znamienne jest to, że nie stosowaliśmy żadnych innych zanęt oprócz ziemniaków, łubinu, kukurydzy a efekty naprawdę były wspaniałe. Piękne to były czasy gdy pomimo tych ograniczonych możliwości łowiło się naprawdę wspaniałe ryby a tamta cisza nad wodami, brak motorowodniaków, telefonów komórkowych no i ludzie byli jacyś bardziej przychylni, po przybyciu na łowisko nie było problemu aby powiedzieć „dzień dobry” a ktoś nie odpowiada tym samym „dzień dobry” , nie było problemu ze śmieciami na stanowiskach (no, może dlatego że torba foliowa lub plastikowy pojemnik były rarytasem). Zmieniło się od tamtych czasów wiele ale czy na pewno są to zmiany korzystne?

Korzystne na pewno jeśli chodzi o dostępność nowych technologii tzn. sprzętu wędkarskiego, zanęt, przynęt i wszystkiego tego, czego potrzebujemy do wędkowania.
A niekorzystne? Ilu z nas tak naprawdę jedzie na ryby ogarniętych jedną myślą- ryba za każdą cenę, nawet za cenę kłusownictwa?
Ilu z nas jedzie tak naprawdę po to, aby pobyć z przyrodą, odpocząć po tygodniu pracy a ryba że tak powiem to przy okazji? Zdaję sobie sprawę, że zdania będą jak zawsze podzielone z prostego powodu- tam gdzie dyskutuje czterech naszych rodaków zawsze są cztery skrajne opinie.
No, chyba się zagalopowałem, wracam do tematu. Część z nas pamięta zapewne przełom lat70-80 gdzie sprzęt zaczął pokazywać się w sklepach wędkarskich- asortyment opierał się na produktach ZSRR, NRD, Czechosłowacji- Rexy, Delfiny, Tokozy ale były też perełki krajowej myśli technicznej- na tamte czasy np. nasz krajowy kołowrotek Prexer 1101 bodajże, który to zakupiłem w roku 1982 jako prezent dla mojego ojca- do dziś wiernie służy.

Większość sprzętu, który używałem pod koniec lat 70 dostawałem od mojego rodzica- wszystko wygrane przez Niego na zawodach wędkarskich. Niestety, próby czasu nie zaliczył żaden kołowrotek czy też kij z tamtego okresu. Tak wyglądał mój początek, moje zarażenie się tą nieuleczalną chorobą.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama