Reklama

Wędkowanie w Tunezji

19/11/2008 10:42
Na przełomie października i listopada miałem przyjemność być w Tunezji. Informacji na temat wędkowania w tym kraju jest niewiele (wertowałem internet kilka godzin), dlatego chciałem nieco przybliżyć realia wędkarskie panujące w tym kraju. Pakując walizkę zabrałem swojego Ravela (zawsze go ze sobą zabieram) 240 cm 10-30 g, kołowrotek trochę haczyków i ciężarków.

Chodząc po plaży (kilka kilometrów) spotykałem sporą ilość miejscowych wędkarzy, byli oni uzbrojeni w długie, mocne wędki – typowe plażówki bardzo niskiej klasy, duże plastykowe kołowrotki z żyłką 05,-0,7 mm i obciążeniem 100-150 g. Na haczyk zakładali robaki (bardzo podobne do naszych czerwonych). Myślę sobie, że ze swoim delikatnym sprzętem za dużo tu nie zwojuję.

Przez kilka kolejnych dni coraz więcej czasu i uwagi poświęcałem na obserwowaniu tunezyjskich wędkarzy (w sumie ok. 10 godzin). Rozmawiałem z kilkoma z nich, trochę po angielsku, trochę na migi, dlaczego nie mogą złowić żadnej ryby. Przez te ok. 10 godzin nie widziałem ani jednej złowionej ryby. Zadawałem pytania o pogodę, porę dnia i rodzaj przynęty czy wiedzą co może mieć największy wpływ na brak brań. Wszyscy odpowiadali – I don’t know.

Zaskoczony moimi obserwacjami straciłem trochę, chęć na wędkowanie, ale żyłka wędkarska wzięła górę i postanowiłem nazajutrz iść na ryby. Około godz. 10.00 dotarłem na skaliste umocnienie brzegu, wycyganiłem od miejscowego trochę robaków – w zamian dałem mu paczkę haczyków i zacząłem rozkładać swoją wędkę. Gdy mój zestaw był prawie gotowy tunezyjscy koledzy po kiju pokazywali żebym się puknął w głowę, z dumą prezentując swoje mocne wędziska. No cóż, spróbować muszę i koniec.

Zarzuciłem swój zestaw (żyłka 0,18, obciążenie maksymalne jakie wytrzyma moja wędka ok. 40 kg). Sporo dalej od miejscowych co wywołało niemałe zdziwienie. Wędkę ustawiłem równolegle do brzegu, napiąłem zestaw i czekam na branie. Po chwili moja szczytówka zaczyna rytmicznie drgać, zacinam i mam pierwszą rybę (DORADA wielkości dłoni). Radość miejscowi nie mają jeszcze nic. Następny zarzut – kolejna rybka. Czuję jak uruchamia się we mnie duch rywalizacji. Przez kolejne 2 godziny mam cały czas brania, ale moja skuteczność jest na poziomie 40 proc. Miejscowi nadal żerują. Zakończyłem wędkowanie z wynikiem kilkunastu sztuk (same „dłoniaki”). Wykończyłem wszystkie robaki – Polska-Tunezja 1:0.

Uważam, że Tunezyjczycy mieli podobną ilość brań jak ja aczkolwiek na swoich wędziskach nie widzieli kiedy ryby atakowały ich zestawy. Moja mała skuteczność wynikała z braku odpowiedniej wędki (szczytówka zdecydowane za twarda, robaki są tam bardzo kruche, przez co ryby mają ułatwione zadanie w zdejmowaniu ich z haków), a co powiedzieć o zestawach miejscowych!

Kolejnym moim atutem mogła być konstrukcja zestawu (dokładnie tak samo jak w łowieniu na boczny trok). Haczyk z robakiem był odsunięty od ciężarka wiszącego na troku ok. 50 cm, dzięki czemu przynęta zachowywała się bardzie j naturalnie. Wniosek taki wysnułem z faktu, że montując dodatkowy haczyk powyżej obciążenia (tak samo jak w przywieszkach dorszowych) miałem o wiele mniej zdjętych robaków, niż z haczyka głównego.

Następnego dnia rozpocząłem poszukiwania sklepu wędkarskiego w celu zakupu robaków. Znalazłem dwa sklepy. Jak duże było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem asortyment jakim dysponowały te placówki handlowe w przeszło 300-tysięcznym mieście:
- kilka wędek
- kilka kołowrotków (znalazłem nawet Mitchel’a)
- stos haczyków (ułożone bez ładu i składu)
- stos ciężarków
- jedna duża szpula żyłki (sprzedawana na metry)
- kusza
- ościenie
- siatki (oczywiście nie do przechowywania ryb)
- trzy woblery
- kilak pilkerów
Czasy PRL-u wróciły na chwilę do mojej świadomości.

Najważniejszy cel jednak został zrealizowany, kupiłem robaki. Łowiłem na skałkach przez kolejne dni z tym samym efektem (tylko małe ryby, większe od dłoni to był sukces). Złowiłem w sumie 6 gatunków ryb, nie wszystkie zdołałem zidentyfikować.

Pewnego dnia udałem się do oddalonego kilkanaście km portu, z którego organizowane są wyprawy wędkarskie na pełne morze. Po krótkiej rozmowie z właścicielami łodzi i obejrzeniu folderów jak się łowi, a przede wszystkim co się łowi – znowu zaskoczenie. Czterogodzinny rejs kosztuje 50 dolarów, ryby niewiele większe od tych łowionych z brzegu, a sprzęt jakim dysponowali zostawiał wiele do życzenia. Ale pomimo tego chcę wypłynąć. Niestety tego dnia ani przez kolejne dni nie było obsady i rejs nie doszedł do skutku.

Podsumowując, Tunezja nie jest rajem dla wędkarzy (być może nie dotarłem do jakiejś grupy ludzi zajmujących się wędkowaniem bardziej profesjonalnym), ale pobawić się z wędką w nowym otoczeniu zawsze można. Wędkowanie jest w Tunezji nieodpłatne (brak przepisów wędkarskich), a łowić ryby można na wiele sposobów, np. wędka, kusza, oścień, siatka. Myślę, że jest to bezpośrednią przyczyną braku dużych ryb w strefie przybrzeżnej.

Jeśli ktoś ma zamiar wybrać się do Tunezji i chce zabrać ze sobą sprzęt wędkarski, to proponuję wziąć:
- feddera (łowienie małych ryb, duża liczba brań, doskonały trening refleksu)
- wędkę surfcastingową pozwalającą na oddawanie rzutów na odległość 80-100 m, być może na tej odległości uda się złowić coś większego, czego wszystkim życzę.

PS. Pomimo stosowania mocnych i długich wędek przez miejscowych wędkarzy nie byli oni w stanie położyć zestawu na odległości 50m od brzegu. Wędki jakie stosowali mnie miały dynamiki, były to szklane „kluseczki", a o przyponach strzałowych chyba nigdy nie słyszeli.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama