Reklama

Weekendowe branie sandacza...2011r

13/06/2011 08:37
Jadę,nie jadę,jadę,nie jadę...postanawiam jak zwykle JADĘ!!!(choć nie lubię łapać w weekendy bo jak dla mnie zbyt ludzi jest nad rzeką).Jeszce tylko sprawdzam stan Wisły na pogodynce.pl i już jestem w drodze.Nad rzeka melduję się około drugiej w nocy.Od razu idę w miejsce gdzie od starej opaski ,,odchodzi,,całkowicie zniszczona i rozmyta główka.Teraz tworzy ona kamienisty blat o głebokości około1,2metra.Blat ten obmywa główny nurt i około 2,5metrowa rynna.Poniżej blatu jakies 30metrów w dól,tworzy się zatoczka ze spokojną woda i piaszczystym dnem.Ustawiam się powyżej rozmytej główki,stoję w wodzie do,,połowy,,gumiaka na kamienistej wysepce.Na agrafce ,,ląduje,,9cm wobler jaxona.Wypuszczam go w dół i powolutku raz,po raz przeciągam nad,,kamieniskiem,,.Bez brań,choć gdzie nie gdzie widać oznaki żerowania małych ryb-więc sandacz też gdzieś tu jest...zaczyna robić się szaro,rzucam kolejny raz,tym razem w kierunku środka Wisły i wachlarzem sprowadzam wobler nad rozmytą główkę.Nagle ,dwa metry poniżej woblera wyskakują w górę uklejki,automatycznie wypuszczam wobler jakieś 3-4 metry poniżej i powoluteńku zciągam go do siebie.Gdy jest dokladnie nad ,,główką,,mam potężne branie...SZOK!!!Zacinam dwa razy,hamulec,,gra ukochaną melodię.Ryba od razu schodzi w rynnę i tam muruje do dna.po charakterystycznym ,,tępym,,targaniu łbem wiem,że mam na kiju dużego sandacza.Próbuję rybę oderwać od dna ale nie daje rady.Nagle zaczyna ona uciekać w dół rzeki,luzuję trochę hamulec i powoli idę za nią,jest ciężko bo pod nogami mam gruzowisko a woda sięga mi po łydki.Ryba znów muruje do dna ale już udaje mi się ją,,ruszyć,,.Hol utrudnia bardzo silny nurt w tym miejscu.Wpadam wtedy na pomysł aby wciągnąć rybę do zastoiska ze spokojną wodą.Dokręcam mocno hamulec i wchodzę po,,pas,,do zatoki.Z całych sił podrywam rybę z dna,i z głównego nurtu ,,wciągam,,ją na spokojniejszą wodę.Ryba szaleje dookoła mnie w odległości 5-6metrów.Jest bardzo silna,znowu próbuje uciec w nurt.wtedy decyduję,że co będzie,to będzie,raz się żyje.Ciągnę na maxa,żyłka piszczy na cały glos.Cała prace za nią,wykonuje teraz elastyczne wędzisko.Mija około 20minut od brania.Czuje,że ryba słabnie.Jest już widno.podciągam rybę do powierzchni,i próbuję złapać ją za ogon...jest to około metrowy sandacz.Ryba olbrzym.Łapę ja za ogon,niestety ta nagle,,ożywa,,i daje,,i znowu mocno odjeżdżą(dobrze iż mam zawsze podczas końcówki holu-luzowanie hamulca!!!)-żyłka wytrzymuje.Mija kilka minut i znowu mam go pod nogami.kolejna próba złapania sandacza za ogon okazuje się tragiczna w skutkach-tworzy się zły kont,ryba szarpie mocno łbem i żyłka przeciążona długim holem,pęka jak nitka...Jestem wściekły!!!chce mi się płakać z nerwów-wychodzę z rzeki,cały brudny ,przemoczony,kołowrotek zalany wodą,w gumiakach ,,staw,,-siadam na skarpie i dalej nie mogę uwierzyć w to co przed chwila się stało!!!Jak ja nie nienawidzę weekendowego łapania!!!...gdy jestem już w domu dzwoni kumpel,dorwał dwa sandacze ponad 60cm-nieżle...ale ten,,mój,,...szybka droga do lodówki,choć jestem spinningistą-wybieram z niej dwa ,,zimne Żywce,,(ha ha ha),wrzucam na ,,kompie,,-swoje filmiki wędkarskie z zeszłorocznych wypraw i znowu myślami jestem nad Wisłą-kurde,nawet się nie zdążyłem przebrać!!!
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama