Do Wągrowca jeżdziłem z rodzinką do roku 2001 stosunkowo często w odwiedziny do ciotki (siostry teściowej). Do czasu jak funkcjonowały tam zakłady ziemniaczane korzystaliśmy kilkakrotnie z atrakcji ośrodka tych zakładów w okresie letnim. Ośrodek położony był nad pięknym jeziorem Kobyleckim połączonym Strugą Gołaniecką z j. Durowskim zlokalizowanym w samym Wągrowcu. Jak woda to wiadomo trzeba było zabrać nad nią wędki. W roku 1997 podczas wakacji nad jeziorem dysponowałem czeską teleskopową Soną Delta długości 4,5m oraz niemieckim zielonym spinnigiem Germina 2,10m. Wyposażenie uzupełniały DDR-owskie kołowrotki Rieleh Rex. Najczęściej używaną żyłką była gorzowska 0,25mm. Zanim rozpoznałem łowisko minęło parę dni. Często spotykałem raniutko wędkarza który przed wypłynięciem łodzią łowił żywce, wsiadał do łodzi i płynął w rejon górki wodnej na pólnocny wschód jeziora. Do dzisiaj widzę piękne okonie i sandacze jakie padały łupem tego wędkarza. Ja natomiast znalazłem stanowisko w odnodze na południu jeziora za kąpieliskiem w kierunku ujścia Strugi Gołanieckiej. Stanowisko było dość ciężkie gdyż składało się z kilku desek dobitych do ściętych i ułożonych poprzecznie gałęzi olchy. Do stanowiska można było dotrzeć przez podmokły teren po kilkucentymetrowej grubości ściętych gałąziach. Dojście było na tyle wąskie, że z ledwością można też było ustawić małe składane siedzisko wędkarskie. W miejsce to ściągnęła mnie dość duża koncentracja miejscowych wędkarzy, którzy okupowali stanowiska na przyciwległym brzegu. Długo nie mogłem rozszyfrować przyczyny tego zjawiska, aż do pewnego dnia kiedy to skoro świt obserwowałem zmagania jednego z wędkarzy z ogromną rybą. Rybą tą pod dość siłowym holu okazał się węgorz rozmiarów jakich nie widziałem nawet na zdjęciach. Ja natomiast ściągnąłem w rejon swojego łowiska trochę całkiem przyzwoitych leszczy i płoci i byłem w miarę zadowolony. Widok złowionego węgorza na przeciwległym brzegu zmobilizował mnie na tyle, że na drugi dzień na bazie spinningu zmontowałem zestaw gruntowy z długim przyponem i odpowiednim na węgorza hakiem. Lewo w skos od mojego stanowiska zlokalizowałem pas wynurzonej roślinności za który postanowiłem posłać pierwszą złowioną płoteczkę. Na sonkę ćwiczyłem leszcze a gruntówka czekała na swoje. Rano krótko po siódmej zauważyłem jak z odblokowanej szpuli kołowrotka zaczyna uciekać szybko wcześniej wysnuta lużna żyłka. Po kilku metrach ryba zastopowała. Drżącymi z emocji rękoma chwiciłem za dolnik wędki i jak tylko ryba ruszyła, zamknąłem kabłąk i zaciąłem. Moment wysnuwania żyłki i związane z tym emocje były niczy w porównaniu z tym co nastąpiło chwilę póżniej. Potężny opór na krótkim kiju, któremu towarzyszyły tak charakterystyczne dla węgorza szarpnięcia spowodował, że do trzęsących się rąk szybko dołączyły trzęsące się równie mocno nogi. Po pewnej chwili udało mi się przeciągnąć węgorza przez pas zielska za którym był położony zestaw. Ten udany manewr jednak mie nie uspokoił, ponieważ dalej prowadziłem wewnętrzną walkę z trzęsącymi się nogami i niezbyt stabilnymi belkami olchy. Kiedy podciągnąłem węgorza bliżej siebie zdałem sobie po raz kolejny sprawę z tragizmu sytuacji. Mam na haku węgorza życia na krótkim kiju, w lewej ręce krótki podbierak, a przede mną jeszcze pas faszyny przez który muszę przeholować rybę. Zdawałem sobie sprawę z tego co węgorz potrafi jak tylko chwyci ogonem najmniejszą zawadę ale nie miałem wyjścia. Przed oczyma przeleciały mi możliwe sytuacje i scenariusze końcowego holu, a w rzeczywistości nastąpił wariant dla mnie najgorszy. Z chwilą doholowania potężnego węgorza do gałęzi ze względu na parametry wędziska i wagę ryby nie byłem w stanie wyżej podnieść mojej germiny. Oczywiście wykorzystał to znakomicie węgorz zahaczając za gałąż ogonem i owijając się wokół niej z ogromną siłą. To co mogłem robić to sztywno trzymać wędzisko do momentu aż żyłka nie wytrzymała naporu i strzeliła jak nitka. Swiadkiem już mojej wędkarskiej przegranej walki przejawiającej się jeszcze trzesącymi się rękami i nogami była małżonka, która pół godziny po zdarzeniu odwiedziła mnie przynosząc śniadanie nad wodę. Przychodziłem w to miejsce jeszcze kilka razy, ale już takiego węgorza nie spotkałem.
Zdjęcia jeziora pochodzą ze strony WOPR http://www.wopr-wagrowiec.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=35&Itemid=18 -
Komentarze