Wkrótce nadejdzie wiosna. Przypomniał mi o tym pewien leszcz, który zaatakował trociową obrotówkę. Niebawem zjawi się ich więcej, a wraz z nimi wejdą do mojej rzeki jazie, klenie i reszta towarzystwa. Przez szarość i brunatność otoczenia zaczną przebijać się pierwsze odcienie zieleni, pojawią się oznaki życia budzącego się dookoła rzeki.
Jest taki odcinek Raduni, na którym spędzam dużo czasu wiosną. Uroku rzeki nie jest w stanie popsuć nawet przebiegająca niedaleko linia kolejowa i mrucząca ponad głową linia wysokiego napięcia. Radunia, bo o niej mowa, płynąca dotąd w miarę prosto wpada tu w kilka ostrych zakrętów wymywając ciekawe rynny, dołki i burty. Brzegi powoli zarastają po "gwałcie" jakim było regulowanie ich po powodzi. Ta miła memu oku sceneria już niedługo stanie się świadkiem rzezi. Wspomniana wcześniej linia kolejowa przecina rzekę wiaduktem, którego filar dzieli rzekę na dwie części. Główny nurt idzie lewą stroną, a część wody opływająca filar z prawej strony nieco zwalnia. Bezpośrednio przed mostem Radunia rozszerza się. Na środku nurtu za podwodnymi zawadami, utworzyła się żwirowa rynienka, przechodząca delikatnie w piaszczysto - żwirową płyciznę. Co roku w tym miejscu pojawia się sporo jazi odbywających tarło. Niestety wraz z nimi pojawiają się "wiaderkarze". "Wiaderkarze" to grupa ludzi, która jak sama nazwa wskazuje mierzą ryby na wiadra. Nie dbają oni o samotność, przygodę na łonie natury, stoją gęsto, jeden obok drugiego i pozyskują mięsko prosto z tarliska. - Oooo... Patrz Pan jaki ładny jaź... - Przecież to boleń - odpowiedziałem - oczu Pan nie ma. Ale cóż, bez wnętrzności już nie popłynie... Dosyć często stosowaną praktyką jest naprowadzanie łowiącego na rybę przez "pilota" stojącego na wiadukcie. Dla pewności, żeby nie robić pustych przebiegów... Czasem przechodząc tamtędy na drugi brzeg, byłem zaczepiany przez łowiących na dole. - Jest tam jeszcze coś? - krzyczeli , ale zawsze odpowiadałem że już nic nie ma.
- A Pan to za szczupakiem??? Zapytał jeden, patrząc na moją wklejankę. Uprzejmie wyjaśniłem, że jeszcze nie ma kwietnia, a ja chodzę za wszystkim innym tylko nie szczupakiem. Aaaaa... To trzeba na chleb Panie, a nie ze spiningiem, i tutaj, a szczupak już jest bo mój kolega wczoraj złowił na gumę. :( Powszechne zdumienie, a nawet oburzenie, wywołuje wypuszczanie ryb w pobliżu "wiaderkowców". -Coś Pan zrobił z tym okoniem? Z niedowierzaniem spytał Pan, który obserwował hol a następnie uwolnienie ładnego "garbuska". - Wypuściłem, jak wszystkie. - To trzeba było mi dać, bo jazie nie biorą, tylko dwa dzisiaj złapałem... Machnąłem tylko ręką , bo słów mi już zabrakło...
Po skończonym połowie, "wiaderkowcy" skrobią ryby bezpośrednio nad wodą, wrzucając wnętrzności do wody w miejscu gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej z gracją pływało stado nabrzmiałych od ikry jazi. Zanim odjadą, często obchodzą kawałek rzeki żeby się pochwalić bezgłowymi korpusami przed innymi wędkarzami. Przed wędkarzami którzy potrafią uszanować fakt, że te ryby starają się właśnie rozmnożyć.
W świetle prawa nie robią nic złego, jeśli trzymają się limitów, ale czy tak trudno zrozumieć że bez udanego tarła, nie będzie kolejnego pokolenia??? I bez "wiaderkowców" coraz mniej jazia (i nie tylko) wchodzi do Raduni, a to za sprawą gospodarki Spółdzielni Rybackiej "Troć", która stawia sieci na rzece Motławie do której wpada Radunia. Widać to gołym okiem, ale to już inna historia, a oni to nie "wiaderkarze", oni mierzą ryby w dużo większych jednostkach.
Komentarze