Reklama

Wieczór kawalerski szwagra na rybach

13/09/2012 13:28
Kawalerskie – gdzie iść, co robić? To pytania, które zawsze pojawiają się przed organizacją tego wydarzenia. Jako że, główny kierownik zamieszania – drużba, jeździ ze mną od czasu do czasu na ryby, decyzja o miejscu spędzenia tego szczególnego wieczoru była dosyć prosta… Mazury.
Postawiliśmy na domek z dostępem do jeziora lub w bardzo bliskiej jego okolicy. Szczerze mówiąc, wcale nie jest prostym znalezienie oferty spełniającej powyższe wymagania. Albo domek za mały, albo do jeziora kilkaset metrów, albo cena jak za willę w Konstancinie. Pod dwóch dniach poszukiwań i kilkunastu telefonach, udało się.

Padło na jezioro Gawlik i miejscowość Grądzkie położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie giżyńskim, w gminie Wydminy. Przed rezerwacją i wyjazdem postanowiłem zasięgnąć informacji o łowisku. Okazało się, że niewiele można znaleźć na temat jeziora Gawlik w sieci, a te informacje, które są, nie do końca są zbieżne. Jedni piszą, że ryby w ogóle nie ma. Inni, że można liczyć na sandacza, lina i ładne okazy węgorza. Nie zrażając się negatywnymi opiniami, postanowiliśmy zaryzykować i osobiście sprawdzić, jak to jest z tą rybą w Gawliku.

Siedmiu chłopa, ale tylko czterech z zamiarem wędkowania. Jakoś zapakowaliśmy się do „Sharika” i z dobrymi humorami wyruszyliśmy. Do pokonania, niemal 270km. 4 godziny jazdy, kilka postojów spowodowanych wypiciem sporej ilości chmielnego trunku i udało się dojechać na miejsce. Było jeszcze widno i postanowiłem od razu udać się ze spinningiem na pomost. Obrzucałem wodę w zasięgu gumki i oprócz kilku zaczepów nic się nie działo. Zmieniłem na obrotówkę i podobnie… bez efektów.

Zwinąłem sprzęt i udałem się do domku, w którym czekał już bogato zastawiony stół. Pomyślałem tylko, żeby nie przesadzić. W kończy następnego ranka, mamy się wybrać na łódkę (w cenie domku). W końcu nie po to targałem silnik i strasznie ciężki akumulator.

5 rano, budzik i widok kolegi Tomka, który już czekał na mnie i resztę. O dziwo wszyscy dzielnie wstali i udaliśmy się na pomost, przy którym zacumowana była łódka. Szybki montaż silnika, hop na pokład i mogliśmy wypłynąć. Na jeziorze znajduje się 8 wysp. Postanowiliśmy brać kurs właśnie na nie. Pierwsza była dosyć blisko, ok. 350-400m. Kilkadziesiąt rzutów i nic. Płyniemy do kolejnej wyspy, znacznie mniejszej.

Od zawietrznej strony nie działo się nic. Postanowiliśmy spróbować od cichej strony wyspy. Udało się! Usłyszałem „siedzi!” i od razu się ucieszyłem, że coś jednak grasuje w jeziorze. Hol koledze Arturowi nie sprawiał wielkich problemów, toteż wiadomo było, że to nie potwór i na pewno nie ryba życia. Przy łódce okazało się, że to ok. 30 cm okoń. Ładnie wybarwiony i kształtny. Wziął na 3,5-4 cm kopytko w kolorze czerwieni i bieli.

Postanowiłem założyć obrotówkę. Kilkanaście rzutów i nic. Wróciliśmy na wietrzną stronę wyspy i kontynuowaliśmy rzuty. Nagle, Tomek zaciął i wymownie pokiwał głową. Znowu łatwy, szybki hol i na naszym koncie był drugi okoń. Niemal identyczny jak ten pierwszy. Po kilkunastu minutach bezowocnego rzucania, postanowiliśmy płynąć do kolejnej wyspy. Znowu nic. Zabawa w zmianę przynęt nic nie dała.
Decyzja o drastycznej zmianie miejsca, podjęta została jednomyślnie. 15 minut później byliśmy już w zachodniej części jeziora. Płynęliśmy ok. 10m od brzegu roślinności. Co chwilę się zatrzymywaliśmy i czesaliśmy wodę w zasięgu wędzisk. Znowu nie udało. Niestety nie mi. Artur wyciągnął kolejnego okonia. Ten również miał ok. 30 cm, ale był zdecydowanie bardziej potężny. Piękne kolory i dymny garb, to niezaprzeczalne walory tego gatunku. Porzucaliśmy jeszcze chwilę i postanowiliśmy wracać. 3 okazy na 4 godziny pływania, to raczej słaby wynik. Nie załamywaliśmy się jednak. Po śniadaniu mieliśmy w końcu iść łowić na grunt i spławik. Szybkie śniadanie, przygotowanie zanęty i nad wodę.

Ja zdecydowałem się na feedera, a Artur na spławik a Tomek na bombkę i żywca. Żywca mieliśmy już po ok. 3 minutach. Rzut gruntówką na ok. 50m od brzegu i branie. Okazało się, że roślinność jest o wiele bardziej bujna niż się wydawało na początku. Jednak za kępą ziela, ciągnęła się i rzucała płoć. Poszła na kotwice i już po chwili poszybowała w dal, również ok. 50 m od brzegu.

Zanim Artur rozłożył się ze spławikiem, ja zdążyłem wyjąć już 3 przyzwoite, ok. 25 cm płocie. Byłem zadowolony. Każdy rzut po kilku minutach kończył się braniem. Niestety okazy wyjmowane nie były zachwycające. Trafił się jeszcze ok. 30 cm leszczyk, a później już tylko drobnica. Artur, zniechęcony braniami uklejek, zmienił spławik na koszyk i zaczął rzucać w zanęcono wcześniej miejsce. Bez wyników. Co prawda, dwa razy ryba poszła z przyponem, ale to tyle. Do zmroku, kiedy to postanowiliśmy się zwijać. W końcu nie przyjechaliśmy tu tylko na ryby.
Kolejny ranek wyglądał podobnie do poprzedniego. 5 rano, łódka i na wodę. Niestety, przez 3 godziny nawet jednego pyknięcia. Obraliśmy więc kurs na pomost. Szybkie śniadanie z ogniska, kilka piw do torby i nad wodę. Tym razem, brały tylko małe, kilkunastu centymetrowe płocie i malutkie leszczyki. Dochodziła już 13:00 więc, trzeba było się zacząć pakować i wracać do rzeczywistości.

Nie wiem, czy wrócę nad j. Gawlik. Trochę zawiodłem się wynikami, ale z drugiej strony, wciąż stanowi ono wędkarskie wyzwanie. Okonki zachęcają, a zatoczki i miejsca przy wyspach, na pewno będą obfitowały w białą rybę. Na pewno, baza noclegowa zapewnia wysoki komfort wypoczynku. Nawet rodziny z małymi dziećmi, będą zadowolone z pobytu w Grądzkim lub Szymanach Orłowskich.

Jeśli chodzi o połączenie takich imprez jak wieczór kawalerski z wędkowaniem, to jest on na pewno trafiony dla tych, którzy chociaż trochę interesują się połowem ryb. W przeciwnym razie, lepiej wybrać się do bardziej „rozrywkowego” miejsca.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama