Wiosna lubi oszukiwać. Słońce wywołuje fatamorgany. Temperatura rośnie i zwodzi. Nie mogliśmy się doczekać. Wszystko przygotowane perfekt. Zanęty, płatki i dodatki. Robaki białe, robaki czerwone i ochotki. Wędki zmontowane w domu. Kanapki i kurczaczek z grilla. Herbata z cytryną. Banany i czekolada. Dokumenty i rejestr połowów. Aparat z naładowanymi akumulatorami.
Nasze akumulatory są też naładowane. Może nawet niebezpiecznie „zanadto” - powyżej zielonej kreski. Co będzie, jak ryby nie będą brać? O szóstej nad ranem na niebie pojawiają się chmury. Słońce zaczyna znikać. Pogoda się psuje?
Nad rzekę docieramy po siódmej. Wybraliśmy Narew. Na Wiśle woda zbyt wysoka. Może nawet zalało dojścia do łachy? Lepiej nie ryzykować. Narwią płynie mniej wody, więc nie powinno być tak źle... A jednak... Jest fatalnie... Woda wyszła na łąki... Dojście do zatok odcięte. Przy wysokim brzegu woda rwie mocno i nie da się łowić. Szukamy innego miejsca.
Jedziemy tam, gdzie dotąd nie łowiłem na spławik. Tylko na blachę. Tutaj są potężne główki z kamieni i wysoki brzeg z drzewami powalonymi przez bobry. Będą zaczepy - to pewne. Ale wiosną łowi się tylko w zaczepach.
Nie mamy specjalnego wyboru. Jest tylko jedno miejsce, w którym spokojnie możemy łowić. Trzeba jednak do niego dojść. Jakieś pięćset metrów przez łąkę. To rozgrzewa, bo poranek jest chłodny. Nęcimy. Woda niespokojna. Chwilami stoi, chwilami zawraca a chwilami podmywa brzeg. Zaczepy są przy każdym rzucie i tracimy pierwsze haczyki. Dorota łowi uklejkę a ja płotkę. A potem jest słabo.
To prawie reguła, że jak zanęcisz przed siódmą, po pierwszych braniach, często gwałtownych i niespodziewanych, ryby przestają interesować się wędkami. Następuje przerwa. Tak do dziewiątej, dziesiątej. Tym razem przerwa trwa długo. Tracimy spławik, który oznaczać nam będzie do końca dnia miejsce niebezpieczne. Pewnie jakąś gałąź.
Przesiadam się na prawo od Doroty. Siadam przy drzewku. Tu woda stoi. Rzucam zanętę między gałęzie. Woda nie wypłucze jej szybko. Na haczyku robię kanapkę. Biały z ochotką. I są brania. Biorą małe płotki. Duże się urywają. Haczyk nr 20 jest zbyt delikatny dla dużych płoci, choć dobry dla ochotek. Nad rzeką pięknie i cicho. Żadnych wędkarzy, żadnych motorówek. Tylko jacyś amatorzy motocrossu próbują jeździć skuterami po łące. Widocznie to z miłości do mazowieckiej przyrody...
Obiecałem Dorocie, że nie napiszę o wszystkich niebezpieczeństwach, jakie nas spotkały na tym wyjeździe. Dokonam autocenzury! Choć nie mogę nie wspomnieć o zającu, który przebiegł nam drogę w lesie, o bocianie, który czaił się na nas za drzewem i o parze czapli, które groźnie zanurkowały w naszą stronę. Ale o bąkach nie napiszę, bo przecież obiecałem...
Komentarze