Reklama

Wiślane manewry

05/06/2012 21:41
Późno bo późno ale sezon na Wiśle rozpoczęty.
Wybór był trudny zwłaszcza w takich momentach kiedy chce się być w miejscu gdzie można złowić rybę na wystruganego zimą ręcznie woblera. Wszystkie znane mi dotąd miejsca nie budziły we mnie żadnych emocji więc myślałem dość intensywnie. Wspomożenie zdjęciami satelitarnymi w necie dało jaśniejszy obraz celu wyprawy.
Postrugałem trochę woblerów na które miały brać jazie i klenie więc miejsce wybrałem właśnie jaziowo-kleniowo-boleniowe. Pakuję pudełko z woblerami, biorę kij 2,7m 12g, kołowrotek z czternastką na szpuli. Syn zgłasza chęć wyjazdu na ryby tym większą że ma się uczyć w domu dość intensywnie a nad wodą - przygoda. Jemu wystarczy nóż, paczka zapałek, żeby miał zajęcie nad wodą a ja mógł spokojnie łowić.
Pobudka 5:30 ja wstałem młody jeszcze śpi. Wydzieram go ze szponów Morfeusza i już jemy szybkie śniadanie i wyjeżdżamy. Dzień zapowiada się gorący i słoneczny. Na miejscu jesteśmy o 7:30 (późno). Jak na miejsce wybrane przypadkowo to nad wodą jest już dość ciasno. Widzę pięciu może sześciu zapaleńców. Uzbroiłem wędkę i podchodzę cicho nad brzeg Wisły. Staję jak wryty wzdłuż brzegu widzę może osiem/dziesięć jazi tuż pod powierzchnia wody. Wiem że to bardzo płochliwa ryba i trzeba zachować maximum ostrożności. Podchodzę cicho kryjąc się za krzakami i trawami. Rzucam woblera wzdłuż brzegu gdzie widziałem jazie. Kilka rzutów i nic, zmiana przynęty i nic. Co się dzieje? Nie widać żeby żerowały więc sprawdzam czy są w miejscu gdzie je widziałem. Wychodzę na wysoki brzeg i wszystko jasne - odpłynęły. Cóż myślę trzeba być bardziej ostrożnym w jaziowych manewrach. Idę wzdłuż brzegu i dostrzegam przy główce ogromnego klenia może 1-2 metry od brzegu. Wiem że będzie ciężko bo zejście nad brzeg jest bardzo strome. Rzucam woblerka 2cm - nic. Zmiana na większy nic. Zmiana na smużaka też nic. Całą teorię diabli wzięli. Zaczynam łowić instynktownie, wypatruję oznak żerowania ryb i podaję w te miejsca przynętę. Rzucam w prądzie wstecznym przed siebie i wolno ściągam 5cm woblera. Trzy obroty korbką i siedzi. Jaź ląduje w podbieraku. Szybkie zdjęcie i rybka z powrotem do wody. Próbuję jeszcze łowić w tym samym miejscu ale nie mam już żadnego kontaktu z rybą. Podchodzę do główki przed którą widzę ataki boleni. Przyczajam się przy główce i rzucam ciemnego woblerka 2,5cm w kierunku żerujących ryb. wobler uderza o powierzchnię wody i w tym samym momencie następuje atak. Boleń trafił idealnie. Krótki hol i ryba jest już na brzegu. daję sygnał dla syna żeby cicho podszedł i zrobił mi zdjęcie. Posłuchał się i podszedł ciągnąc za sobą małą lawinę kamieni która skutecznie przepłoszyła ryby. Była 9:30 łazimy i szukamy. Ryb już nie widać więc pieczemy kiełbasy na ogniu. Smakuje wybornie przypieczona w ogniu i okopcona dymem. Po krótkim odpoczynku zaczynam łowy. Bolenie bardzo aktywne. Pokaz myśliwych w pojedynkę i w grupach coś nie do opisania. Zamiast łowić woleliśmy oglądać widowisko.
Powiem tak - zadowolenie z całej wyprawy było ogromne. Dopisało wszystko i może nie nałowiłem się nie wiadomo ile ryb, ale złowiłem dwie i to na własne woblery. Do tego dodam ważne wnioski z życia boleni, zachowania się nad wodą i szczęśliwego wysmarowanego po uszy piaskiem, błotem i węglem drzewnym syna. Polecam.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama