Reklama

Wspólne sekrety z policją.

07/03/2009 13:32
Niestety nie polską. Irlandzką. I nie policją tylko Gardą – tak bowiem nazywa się tutaj instytucja powołana do niesienia służby, ochrony i bezpieczeństwa obywateli. Przy okazji funkcjonariusze pełnią rolę informacji turystycznej i podatkowej, a niekiedy nawet funkcję nocnej taksówki. Niemal każdy Polak w Irlandii miał z nimi do czynienia. I nawet nie musiał nazywać się „prawo jazdy”. Ja ostatnio zresztą też, tyle że w aspekcie wędkarskim.
Otóż wracałem sobie do domu po nocnej zmianie w firmie, gdzie 95 procent załogi to nasi rodacy (pozostałe 5 to obywatele krajów Europy Wschodniej i krajów rozwijających się) i gdzie słowo „kurwa” stosowane jest zamiennie ze znakami interpunkcyjnymi. Jest parę minut po szóstej rano – zaczyna świtać. W zasadzie gdyby nie to, że jadę samochodem, to pewnie przewróciłbym się i spał – ale tak trzymam się kierownicy. Jedno oko mi sie zamyka – drugie trzymam palcem żeby widziało jeszcze czerwone i zielone sygnalizatory. Dojeżdżam do mojej dzielnicy z planem pójścia na poranny fitness, basen, saunę – wtedy może oprzytomnieję. Zresztą planowałem to już wieczorem i byłem nawet logistycznie do tego przygotowany. Niestety jak się okazało, ze względu na to, że właśnie zaczął się piątek mój fitness – klub czynny był od 7 rano. Wiadomo w tym kraju nie można popaść w rutynę i nie może być tu pełnej symetrii i logiki.
Uznałem wobec powyższego, że będzie to okazja na penetrację fajnego cieku wodnego, przepływającego na wskroś przez południowy Dublin, nad którym to, noc w noc przejeżdżałem po niepozornym mostku. Jak to się mówi: „Jaki kraj tacy terroryści...” – „Jaki mostek taki pod nim strumień”. Niemniej jednak z okien samochodu za dnia, jawiła się typowo górska – pstrągowa woda. Szeroka może na kilka metrów, ale nurt wyglądał dość obiecująco. Moim zadaniem zatem była ocena dojścia do wody i samej możliwości wędkowania oraz rozpoznanie wody pod katem obecności w niej pstrągów i innych gatunków ryb, jak również zawartości porzuconego sprzętu domowego użytku i innych śmieci utrudniających bądź uniemożliwiających wędkowanie. (Rzeka płynąca z gór przez gęsto zaludnioną część miasta).
Zaparkowałem więc ulicę dalej obok rzeczonego wcześniej mostku i udałem się w kierunku rzeki. Po drodze dostałem poranne wydanie Harald AM od czarnoskórego gazeciarza (nawet nie chcę wiedzieć czy miał pozwolenie na pracę), który gdyby nie jaskrawa kurtka hi-vis byłby kompletnie niewidoczny w tle budzącego się poranka. Tak uzbrojony udałem się kilkumetrową skarpą nad samą wodę. Zdążyłem zauważyć, że koryto jest wolne od jakichkolwiek zanieczyszczeń, urozmaicone kamieniami, kawałek w górę rzeki mniej więcej półmetrowy próg – ogólnie fajna, czysta woda. Zauważyłem też... Nie - to oczy mi się zamykają i mam jakieś halucynacje... Jednak nie chyba dobrze widzę – dwie postaci pod mostkiem? Mrok, odludne miejsce – pierwsza myśl – łepek dokonuje ze swoją koleżanką czynności powszechnie uważanych za seksualne, ale pomyślałem, że tu? O tej porze? W tym kraju każdy ma samochód i o ile nie ma do tego okazji w domu, to znam co najmniej setkę miejsc, gdzie można by to było zrobić dyskretniej i przyjemniej. Postaci dokonały ruchu jakby coś za siebie wyrzucały. Wydawało mi się, że było to czerwone i przypominało żar od papierosa. Co więcej postaci zaczęły iść w moim kierunku. Do ewentualnej obrony tylko gazeta. Uznałem, że o ile wrócę jeszcze kiedykolwiek do domu, to na piechotę – nie byłem pewny czy nie pobrudzę siedzenia w samochodzie. Postaci zaczęły nabierać coraz bardziej realnych kształtów. Myślę. Nie, nie myślę. Kurwa sam już nie wiem. Na głowie mają coś na kształt czapki policyjnej. Może kierowcy z autobusu poszli się odlać. Ale dwóch?..
W końcu postacie zbliżyły się na tyle że rozpoznałem w nich parkę „Gardziarzy”. Pan „Garda” i pani „Garda” na patrolu. Jednak stan mojej bielizny kwalifikował ją do dalszego użytku... Usłyszałem zrozumiałą angielszczyznę bez klusków w ustach: – Dzień dobry. Czy zgubił Pan drogę? Czy coś się stało? Czy jakoś możemy pomóc? – Popatrzyła na mnie twarz mężczyzny – idealnego kandydata na członka służb wywiadowczych – podobnego kompletnie do nikogo, a obok wesoła twarz młodej funkcjonariuszki. Wesoła i sympatyczna ale paskudna jak mistrz Joda. Krzywizna jej linii zębów była podobna do panoramy Tatr z Gubałówki, do tego ozdobiona błyszczącymi cekinami aparatu. Myślę sobie – „Uśmiechnięta - rzuciła żar za siebie. Pewnie się najarała jakiegoś zielska jak jest taka zadowolona. Nie wiadomo co ze mną zrobi...” W końcu sama przerwała moje rozważania: - Proszę pana, schowaliśmy się z kolegą pod mostkiem bo jesteśmy na patrolu już parę godzin a niewolno nam palić na służbie i zapaliliśmy sobie tylko po jednym papierosie. Mam nadzieję, że zachowa Pan to w tajemnicy przed naszymi przełożonymi? – Myślę sobie - chora. Władza mnie o coś prosi? Władza chce mieć ze mną wspólne sekrety? Do tej pory – przynajmniej w ojczyźnie – raczej łupili mi portfeli na dzień dobry pytali o nazwisko, a tutaj taka Francja? Faktycznie z Gardą do tej pory wszystko w trakcie tutejszej mojej kariery kończyło się na uprzejmych pouczeniach, bądź użyciu alkomatu, a tu normalnie pełen wersal.
Ponowiła pytanie – czy mogą mi w czymś pomóc. Władzy nie kłamałem i powiedziałem po co tu przyszedłem i wtedy się dopiero zaczęła polka. Jak się okazało obydwoje byli członkami Wędkarskiego Klubu Gardy i do tego zawodnikami w wędkarstwie morskim. Dowiedziałem się wszystkiego... A nawet chyba więcej. Shivonne (bo tak miała na imię „miss komisariatu”) i Paddy pokazali mi w tym strumieniu nad którym staliśmy niemal stuprocentowe miejscówki gdzie powinien być pstrąg. Poszliśmy kawałek dalej w dół rzeki gdzie znajdowała się piękna szeroka skalista płań. Tam niemal z geodezyjną precyzją określili mi gdzie rzucać, gdzie jest jaka głębokość i gdzie wpadł do wody dziadek Paddyego jak chciał w drodze powrotnej z pubu forsować rzekę.
Ciągnęli mnie po nadbrzeżnych krzakach paręnaście minut i na odcinku kilkuset metrów pokazali mi naprawde sporo miejsc, w których w życiu nie spodziewałbym się ryby. Do tego usłyszałem ostrzeżenia w rodzaju – Tam nie rzucaj przynęty bo tam stary Kieran o coś zaczepił i pozrywał... Rad i wskazówek dotyczących łapania pstrągów usłyszałem w pół godziny tyle, co przez całe moje życie i karierę wędkarską. Zacząłem się zastanawiać kiedy zaczną pałować, ale na to się nie zanosiło. Zaczęli nawet rozwijać temat wędkarstwa muchowego, a ja stałem jak skarcony uczniak bo musiałem się przyznać, że na ten ten temat nic nie wiem. Dostałem jeszcze trochę ciekawych informacji o samej rzece w jej szczytowym biegu w górach (20 minut jazdy samochodem od Dublina) i o okazach i metodach jakie tam się stosuje. Słuchałem tego wszystkiego z zapartym tchem a im obydwojgu oczy aż płonęły z radości, że swoją wiedzą mogą się podzielić. Na koniec dostałem wizytówki od obydwojga celem umówienia się na wspólną wędkarską wycieczkę, aczkolwiek posterunkowa Shivonne w zasadzie już teraz mogłaby rzucić mundur i jechać w góry pokazywać mi kolejne miejscówki gdzie jest jeszcze pełno pstrągów...
Popatrzyłem na ich rozpromienione twarze i iskry szczęścia w oczach i pomyślałem: - Może też powinienem zapalić sobie to co oni?..
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama